Nazare i jego majestatyczne, olbrzymie fale.... tak, to zdecydowanie od lat było na mojej liście must see. Ale zanim tam trafiliśmy wylądowaliśmy późnym wieczorem w Peniche. Mieszkanie znowu wynajęte w Airbnb okazało się bardzo duże i znowu słoneczne, z trzema sypialniami, dwoma balkonami i sporą, chociaż kompletnie niepraktyczną kuchnią. Przyjęła nas Ana, bardzo sympatyczna właścicielka, a którą wcześniej rozmawiałam przez Whats Appa. Pod koniec stycznia Portugalię właśnie w okolicach środkowego wybrzeża sponiewierały potworne huragany i ulewy. Niże, które przywlokły wiatry wiejące z prędkością 200 km/godz, ogromne fale na Atlantyku, pozalewane drogi, wioski, miasta, pozamykane atrakcje turystyczne. Konsekwencja- ponad milion osób bez prądu, połamane i powyrywane z korzeniami całe połacie lasów oraz zniszczone dachy i zabudowania. Huragany uderzały jeden po drugim.... Harry, Ingrid, Joseph, Kristin...Masakra jakaś. Zapytałam Any czy my w ogóle będziemy mieli gdzie spać i czy wszystko w porządku. Odpowiedziała, że wszystko jest ok i możemy śmiało przyjeżdżać. Mieszkanie okazało się takie strasznie staroświeckie, jakby mieszkali tam wcześniej jej dziadkowie, co miało swój klimat. Czuliśmy się tam jak u babci na wakacjach.
Po dzikim Atlantyku, wichrach Nazaré po drodze do Peniche trafiliśmy do miejsca, które wyglądało jak dekoracja filmowa. Jakby ktoś stworzył średniowieczne miasteczko, ale usunął z niego błoto, zapachy, chaos i całą niewygodną prawdę o dawnych czasach. Z daleka na moje oko wyglądało jak Duloc ze Shreka i jak się okazało wcale się nie pomyliłam. Wysiedliśmy zobaczyć co jest zacz, czytając wcześniej, że miasto słynie z likieru wiśniowego i ma ciekawą historię.
Óbidos nie powstało jako kurort ani przypadkowe miasteczko. Ono ma bardzo konkretną historię chociaż średnio romantyczną.
Już w czasach rzymskich istniała tu osada, później teren przejęli Maurowie, którzy wznieśli pierwsze fortyfikacje. W 1148 roku portugalski król Alfonso I odbił miasto podczas rekonkwisty i włączył je do młodego królestwa Portugalii.
Ale prawdziwa legenda zaczyna się trochę później.
W 1282 roku król Dinis I podarował Óbidos swojej żonie, królowej Izabeli Aragońskiej, jako prezent ślubny. Podobno ma status świętej ta królowa. Miała ciężki kawałek chleba z tym swoim starym. Łajdaczył się, wojował, i hulaczył. Ona święta, cnotliwa i dobroczynna, podczas gdy jej małżonek Dionizy, rozrabiaka i amator nieślubnych potomków, fundował średniowieczne reality show na własnym dworze. Ten Obidos to chyba za mała rekompensata za takie lumpowanie się, wiarołomność i łajdaczenie po kątach. No cóż, król może więcej. Tak czy siak zanim królowa Izabela zobaczyła z jakim łajdakiem będzie dzielić życie, dostała to fajne miasteczko w prezencie. Nie wiem, żeby nie fikała za bardzo? "Wiesz kochanie, będziesz miała ze mną ciężko, więc zamiast kwiatów od razu dam ci miasto. Będziesz miała na waciki" I tak narodziło się określenie "Vila das Rainhas"- miasto królowych.
Patrząc na historię Izabeli uświadomiłam sobie, że zdecydowanie nie mam predyspozycji do świętości. Żadne tłumaczenia nie wchodziłyby w grę. Bo z czego właściwie można się tłumaczyć? Z seryjnych zdrad? Z królewskiej rozwiązłości uprawianej z godną podziwu konsekwencją? Z traktowania wierności jak luźnej sugestii, a nie zobowiązania? Obawiam się, że zanim Dionizy zdążyłby powiedzieć „moja droga…”, miałby już spakowaną koronę, kuferek z insygniami i bilet w jedną stronę do dowolnej twierdzy oddalonej ode mnie o bezpieczną epokę. Kolacja pojednawcza również mogłaby się odbyć, choć nie jestem pewna, czy wyszedłby z niej równie pokrzepiony jak z kolejnych romansów. Grzyby bywają niezawodne....i cebulki kwiatowe. Można z tego ugotować naprawdę zacne danie, jadalne, chociaż tylko raz. Bo jeśli ktoś całe życie myli monarchię z przywilejem do wszystkiego, to cudów raczej nie należy oczekiwać. No, ale królowe musiały być święte. Ktoś przecież musiał utrzymywać porządek w notorycznym burdelu.
Przez następne stulecia kolejne portugalskie królowe otrzymywały Óbidos jako osobistą własność. Dochody z miasta szły bezpośrednio na ich utrzymanie. Można powiedzieć, że było to coś w rodzaju królewskiej pensji… tylko w wersji średniowiecznej.
Gdy weszliśmy do miasteczka przywitała nas pani śpiewająca jakąś operową wersję Addagio Tobiaso Albinioniego. Bardzo lubię ten utwór, więc zrobiło się miło. Nad panią były przepiękne kafelkosz, więc tym bardziej uroczo. Miasteczko okazało się naprawdę śliczne, czyściutkie i nie naruszone cywilizacją. Nic, wszystko wyglądało jak za czasów tej całej Izabeli. Stare krzywe uliczki, malutkie pomalowane na błękitno domki, ułożone kaskadowo na wzgórzu, winorośl pamiętająca chyba same początki świata i te pierwsze, przypadkowe eksperymenty ludzi, którzy wpadli na pomysł tego trunku. Można powiedzieć, że patrząc na te powykrzywiane szczepy, czuło się jakby miasteczko wciąż nuciło w rytm pierwszych fermentacji – aromat owoców, słońce na murach i kamienne uliczki przypominały, że tu ludzie od zawsze wiedzieli, że trochę cierpliwości plus trochę natury = magia w kieliszku. Tutaj wprawdzie królował w sklepikach likier wiśniowy, ale cena zwaliła mnie z nóg. Sama sobie zrobię likier wiśniowy już w lipcu. Po co tyle zamieszania? Butelki całe, a nie naparstek za 5 Euro. No, ale z czegoś trzeba żyć i golić turystów. To co mnie najbardziej urzekło, to przępiękny, stylizowany sklepik z sardynkami w puszkach!!!! Wyglądał jak piętrowa księgarenka, ale zamiast woluminów, na półkach były przeróżne, kolorowe puszeczki. Wyglądało to naprawdę słodko, a równocześnie gustownie.
Całe to miasteczko było otoczone wysokim, średniowiecznym murem, którym można było się przejść górą dookoła. My wybraliśmy mniej ekstremalny sposób zwiedzania. Mario za nic nie wszedłby na te mury, tym bardziej, że nie miały żadnego zabezpieczenia, ani nawet sznura, więc poszliśmy do końca, gdzie w zamkowej kaplicy znajdowała się księgarnia i przez bramę po lewej stronie, najwyższą uliczką też sobie obeszliśmy to miasteczko. Turystów brak. Pojedyncze sztuki.
Naprawdę warto było zajrzeć do Obidos, bo czas stanął tam w miejscu. Brakowało tylko dam w długich sukniach i rycerzy na pięknych rumakach. Po drodze w jednym ze sklepików jeszcze jedno skojarzenie z Duloc. Ktoś pamięta piosenkę, którą drewniane laleczki przywitały Osła i Shreka w tym mieście? Tutaj mnie też przywitała taka ekipa. 😹🎭. Ale to ja zaśpiewałam, aż się jakiś Azjata wystraszył😂😂😂
![]() |
| Pani w bramie prowadzącej do miasta śpiewająca Adaggio. Dosyć ładnie. |
![]() |
| Siedzimy sobie z Fatmą tuż przy bramie |
| takie domeczki sprzed wieków |
| mur obronny |
| widok ogólny. Zero cywilizacji. Nawet jednej anteny ani telewizyjnej, ani komórkowej. |
![]() |
| jak widać tłumów nie ma |
![]() |
| pamiątkosz |
![]() |
| Templariusz wielkości lorda Farquuuada |
| No i ten cudowny sklepik z sardynkami |
![]() |
| a na suficie lądy odkryte, chociaż chyba nie do końca. |
![]() |
| i księgarnia w kaplicy. |
I na tym zakończę kolejny fragment o pięknej Portugalii. Będzie część trzecia i ostatnia, ale to za chwilę, a teraz tradycyjny akcent muzyczny. Addagio Albinioniego w wersji śpiewanej, chociaż nie przez panią w Obidos. Tutaj Lara Fabian, w naprawdę pięknej interpretacji. Tak sobie pomyślałam, że dedykuję tę piosenkę królowej Izabeli, żonie Dionizego, która zamiast miłości, szacunku i szczęścia dostała od życia Dyzia rozpustnika i całe jego hulacze życie, zmartwienia, upokorzenia i smutek. Święta kobieta. Papa....

































