czwartek, 2 kwietnia 2026

PORTUGALIA 2026- Peniche, Nazare, Obidos


 

Nazare i jego majestatyczne, olbrzymie fale.... tak, to zdecydowanie od lat było na mojej liście must see. Ale zanim tam trafiliśmy wylądowaliśmy późnym wieczorem w Peniche. Mieszkanie znowu wynajęte w Airbnb okazało się bardzo duże i znowu słoneczne, z trzema sypialniami, dwoma balkonami i sporą, chociaż kompletnie niepraktyczną kuchnią. Przyjęła nas Ana, bardzo sympatyczna właścicielka, a którą wcześniej rozmawiałam przez Whats Appa. Pod koniec stycznia Portugalię właśnie w okolicach środkowego wybrzeża sponiewierały potworne huragany i ulewy. Niże, które przywlokły wiatry wiejące z prędkością 200 km/godz, ogromne fale na Atlantyku, pozalewane drogi, wioski, miasta, pozamykane atrakcje turystyczne. Konsekwencja- ponad milion osób bez prądu, połamane i powyrywane z korzeniami całe połacie lasów oraz zniszczone dachy i zabudowania. Huragany uderzały jeden po drugim.... Harry, Ingrid, Joseph, Kristin...Masakra jakaś. Zapytałam Any czy my w ogóle będziemy mieli gdzie spać i czy wszystko w porządku. Odpowiedziała, że wszystko jest ok i możemy śmiało przyjeżdżać. Mieszkanie okazało się takie strasznie staroświeckie, jakby mieszkali tam wcześniej jej dziadkowie, co miało swój klimat. Czuliśmy się tam jak u babci na wakacjach. 

Peniche i Nazaré to dwa zupełnie różne oblicza oceanu, choć dzieli je zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. To pierwsze przywitało nas surowością Atlantyku. To już nie była romantyczna Sintra ani bajkowe pałace. Tu wszystko pachniało solą, wiatrem i rybackim życiem. Miasto leży na skalistym półwyspie, niemal odciętym od lądu, jakby specjalnie wystawionym na próbę oceanu. Fale rozbijają się o klify z hukiem, a wiatr niesie krzyk mew i zapach świeżych ryb z portu. Peniche od wieków było miejscem ludzi morza: rybaków, żeglarzy, a później także surferów, którzy znaleźli tu jedne z najlepszych fal w Europie. Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że Peniche ma w sobie coś dzikiego i prawdziwego. Nie udaje niczego. To nie kurort z pocztówki, tylko miejsce, gdzie Atlantyk pokazuje swoją codzienną, szorstką naturę. Tak naprawdę byłam trochę zawiedziona tym miasteczkiem. Myślałam, że zobaczę jakieś fajne, stare zabudowania, ryneczek, cudne sklepiki. Nic z tych rzeczy. Miasteczko jest chłodne w odbiorze. Pospolite. Aż szkoda, że takie surowe, bo położone jest przepięknie i otoczone murami wielkiego fortu, ale nic poza tym. No ma też fantastyczne, wielkie, piaszczyste (i nie tylko, bo klifów jest tam od zarypania) plaże. Ale skoro nie jesteśmy surferami, to dla nas nuda. Szkoda, że wcześniej nie zobaczyłam, że 10 kilometrów od Peniche jest wyspa Belrenga Grande z fantastycznym fortem, ale teraz to już przepadło klepadło. Skupiliśmy się na Nazare i okolicach.


Klify w Peniche

zestaw Adama Słodowego do szybkiego naprawienia łodzi

i plaża piaszczysta. Wielka i rozległa. Łby urywało.


co nie przeszkadzało lokalnej młodzieży zażywać kąpieli wieczorową porą.

O ...młodzież zniknęła.


Rano po śniadaniu ruszyliśmy do Nazare-legendy oceanu. Po drodze mijaliśmy te powyrywane i połamane hektary lasów. Wyglądało to tak, jakby Godzilla się po nich przespacerowała wychodząc z Atlantyku na obchód. 

Nazare wyglądało na spokojnie, niemal senne miasteczko- jakaś karuzela, stragany z pamiątkami, kościół. Zrobiliśmy kilka fotek, patrząc w dół na olbrzymią piaszczystą plażę i zabudowania. Widok piękny, ale chyba nie o to nam chodziło. Ruszyliśmy w dół, w stronę Fortu świętego Michała, skąd można obserwować te majestatyczne fale. Tam zaczął się zupełnie inny świat. Wicher od Atlantyku powiedział nam "helloł" w mało elegancki sposób. Wiało tak strasznie, że aż mnie to rozśmieszyło. Dostałam głupawki lekkiej próbując ustać na nogach, podziwiając dzicz w wodzie. A to przecież i tak nie były te fale, które chciałam zobaczyć. Jakieś 5 metrowe maleństwa, a ja spodziewałam się fal trzy razy wyższych. No to zawsze jest loteria. Żeby trafić na te wielkie, naprawdę olbrzymie fale trzeba mieć szczęście, albo być mieszkańcem Portugalii i po prostu na nie czekać. Tak czy siak, jak napisała moja znajoma fanka Duran Duran po obejrzeniu filmiki, który jej wysłałam-

" widać, że pizga tam złem". I taka prawda.

Nazaré długo było zwyczajną rybacką miejscowością na portugalskim wybrzeżu. Spokojne łodzie, suszące się sieci, zapach oceanu i życie płynące w rytmie przypływów. Wszystko zmieniło się dopiero wtedy, gdy świat odkrył, co naprawdę dzieje się tutaj zimą.

To właśnie u wybrzeży Nazaré natura stworzyła jeden z najbardziej niezwykłych fenomenów oceanicznych na świecie. Pod powierzchnią Atlantyku znajduje się gigantyczny kanion — Nazaré Canyon — podwodna przepaść o długości ponad 200 kilometrów i głębokości sięgającej 5 kilometrów. To on działa jak naturalny wzmacniacz fal. Energia oceanu skupia się w jednym miejscu i nagle zwykły swell zamienia się w wodną ścianę wysokości kilkunastopiętrowego budynku.

Największe fale pojawiają się tu między listopadem a lutym. Właśnie wtedy Atlantyk pokazuje swoją surową, niemal pierwotną twarz. I właśnie dlatego polecieliśmy do Portugalii zimą, mając nadzieję na ten spektakl.

Świat oszalał na punkcie Nazaré w 2011 roku, gdy hawajski surfer Garrett McNamara popłynął na fali wysokiej na około 24 metry. Od tego momentu miejsce stało się mekką łowców gigantycznych fal. Kolejne rekordy tylko podkręcały legendę, w 2020 roku niemiecki surfer Sebastian Steudtner prawdopodobnie zmierzył się tu z falą przekraczającą 26 metrów (podobno z małym haczykiem)

Najlepszy widok na ten spektakl rozgrywa się właśnie przy Forte de São Miguel Arcanjo. Stojąc tam, ma się wrażenie, że ocean oddycha. Ale nie spodziewajcie się tam ciszy, bo huczy cały czas, a huk narasta z każdą rozbijającą się o brzeg falą. To jest żywioł w najbardziej prymitywnej, dzikiej odsłonie.

Co ciekawe, mieszkańcy Nazaré przez wieki bali się tego miejsca. Dla rybaków fale nie były atrakcją, lecz zagrożeniem. Dopiero współczesność zamieniła żywioł w widowisko, które co roku przyciąga fotografów, surferów i zwykłych podróżników szukających momentów, kiedy człowiek nagle uświadamia sobie własną małość wobec natury. No i mnie 😎

Bo Nazaré to nie tylko te morskie grzywacze. To spotkanie z siłą oceanu, taką, której nie da się sfotografować, sfilmować ani opisać. Można ją tylko poczuć. 🌊 Mam i filmiki i fotki, więc wiem co piszę. 



Niemal jak na Tytanicu :)

Ratunku.... ra tun ku....!



ale cudnie jest!!! Dwa kaptury na głowie.

Jeleń z Nazare autorstwa Holendra Adriana Reesa.


kocioł

Znak czasów. Jestem tego samego zdania.

takie tam miasteczko

to spokojniejsze oblicze Nazare z portem rybackim.

Jeszcze raz jeleń, który w mitologiach symbolizuje przewodnika pomiędzy światami. Dalej nie jesteś już turystą, tylko człowiekiem wobec żywiołu. Uważaj.

deski surferów w muzeum w forcie Św. Michała



taki klimat po drodze. Nie ma co inwestować. Przyjdzie huragan i zmiecie.


w dole po lewej Nazare- dzielnica mieszkalna i spokojna plaża i nasi jeszcze nie wyszarpani przez wicher.

słodkie mają te pamiątki




 Po dzikim Atlantyku, wichrach Nazaré po drodze do Peniche trafiliśmy do miejsca, które wyglądało jak dekoracja filmowa. Jakby ktoś stworzył średniowieczne miasteczko, ale usunął z niego błoto, zapachy, chaos i całą niewygodną prawdę o dawnych czasach. Z daleka na moje oko wyglądało jak Duloc ze Shreka i jak się okazało wcale się nie pomyliłam. Wysiedliśmy zobaczyć co jest zacz, czytając wcześniej, że miasto słynie z likieru wiśniowego i ma ciekawą historię. 

Óbidos nie powstało jako kurort ani przypadkowe miasteczko. Ono ma bardzo konkretną historię chociaż średnio romantyczną.

Już w czasach rzymskich istniała tu osada, później teren przejęli Maurowie, którzy wznieśli pierwsze fortyfikacje. W 1148 roku portugalski król Alfonso I odbił miasto podczas rekonkwisty i włączył je do młodego królestwa Portugalii.

Ale prawdziwa legenda zaczyna się trochę później.

W 1282 roku król Dinis I podarował Óbidos swojej żonie, królowej Izabeli Aragońskiej, jako prezent ślubny. Podobno ma status świętej ta królowa. Miała ciężki kawałek chleba z tym swoim starym. Łajdaczył się, wojował, i hulaczył. Ona święta, cnotliwa i dobroczynna, podczas gdy jej małżonek Dionizy, rozrabiaka i amator nieślubnych potomków, fundował średniowieczne reality show na własnym dworze. Ten Obidos to chyba za mała rekompensata za takie lumpowanie się, wiarołomność i łajdaczenie po kątach. No cóż, król może więcej. Tak czy siak zanim królowa Izabela zobaczyła z jakim łajdakiem będzie dzielić życie, dostała to fajne miasteczko w prezencie. Nie wiem, żeby nie fikała za bardzo? "Wiesz kochanie, będziesz miała ze mną ciężko, więc zamiast kwiatów od razu dam ci miasto. Będziesz miała na waciki" I tak narodziło się określenie "Vila das Rainhas"- miasto królowych.

Patrząc na historię Izabeli uświadomiłam sobie, że zdecydowanie nie mam predyspozycji do świętości. Żadne tłumaczenia nie wchodziłyby w grę. Bo z czego właściwie można się tłumaczyć? Z seryjnych zdrad? Z królewskiej rozwiązłości uprawianej z godną podziwu konsekwencją? Z traktowania wierności jak luźnej sugestii, a nie zobowiązania? Obawiam się, że zanim Dionizy zdążyłby powiedzieć „moja droga…”, miałby już spakowaną koronę, kuferek z insygniami i bilet w jedną stronę do dowolnej twierdzy oddalonej ode mnie o bezpieczną epokę. Kolacja pojednawcza również mogłaby się odbyć, choć nie jestem pewna, czy wyszedłby z niej równie pokrzepiony jak z kolejnych romansów. Grzyby bywają niezawodne....i cebulki kwiatowe. Można z tego ugotować naprawdę zacne danie, jadalne, chociaż tylko raz. Bo jeśli ktoś całe życie myli monarchię z przywilejem do wszystkiego, to cudów raczej nie należy oczekiwać. No, ale królowe musiały być święte. Ktoś przecież musiał utrzymywać porządek w notorycznym burdelu.

Przez następne stulecia kolejne portugalskie królowe otrzymywały Óbidos jako osobistą własność. Dochody z miasta szły bezpośrednio na ich utrzymanie. Można powiedzieć, że było to coś w rodzaju królewskiej pensji… tylko w wersji średniowiecznej. 

Gdy weszliśmy do miasteczka przywitała nas pani śpiewająca jakąś operową wersję Addagio Tobiaso Albinioniego. Bardzo lubię ten utwór, więc zrobiło się miło. Nad panią były przepiękne kafelkosz, więc tym bardziej uroczo. Miasteczko okazało się naprawdę śliczne, czyściutkie i nie naruszone cywilizacją. Nic, wszystko wyglądało jak za czasów tej całej Izabeli. Stare krzywe uliczki, malutkie pomalowane na błękitno domki, ułożone kaskadowo na wzgórzu, winorośl pamiętająca chyba same początki świata i te pierwsze, przypadkowe eksperymenty ludzi, którzy wpadli na pomysł tego trunku. Można powiedzieć, że patrząc na te powykrzywiane szczepy, czuło się jakby miasteczko wciąż nuciło w rytm pierwszych fermentacji – aromat owoców, słońce na murach i kamienne uliczki przypominały, że tu ludzie od zawsze wiedzieli, że trochę cierpliwości plus trochę natury = magia w kieliszku. Tutaj wprawdzie królował w sklepikach likier wiśniowy, ale cena zwaliła mnie z nóg. Sama sobie zrobię likier wiśniowy już w lipcu. Po co tyle zamieszania? Butelki całe, a nie naparstek za 5 Euro. No, ale z czegoś trzeba żyć i golić turystów. To co mnie najbardziej urzekło, to przępiękny, stylizowany sklepik z sardynkami w puszkach!!!! Wyglądał jak piętrowa księgarenka, ale zamiast woluminów, na półkach były przeróżne, kolorowe puszeczki. Wyglądało to naprawdę słodko, a równocześnie gustownie. 

Całe to miasteczko było otoczone wysokim, średniowiecznym murem, którym można było się przejść górą dookoła. My wybraliśmy mniej ekstremalny sposób zwiedzania. Mario za nic nie wszedłby na te mury, tym bardziej, że nie miały żadnego zabezpieczenia, ani nawet sznura, więc poszliśmy do końca, gdzie w zamkowej kaplicy znajdowała się księgarnia i przez bramę po lewej stronie, najwyższą uliczką też sobie obeszliśmy to miasteczko. Turystów brak. Pojedyncze sztuki.

Naprawdę warto było zajrzeć do Obidos, bo czas stanął tam w miejscu. Brakowało tylko dam w długich sukniach i rycerzy na pięknych rumakach. Po drodze w jednym ze sklepików jeszcze jedno skojarzenie z Duloc. Ktoś pamięta piosenkę, którą drewniane laleczki przywitały Osła i Shreka w tym mieście? Tutaj mnie też przywitała taka ekipa. 😹🎭. Ale to ja zaśpiewałam, aż się jakiś Azjata wystraszył😂😂😂

   

Pani w bramie prowadzącej do miasta śpiewająca Adaggio. Dosyć ładnie.





Siedzimy sobie z Fatmą tuż przy bramie

takie domeczki sprzed wieków

mur obronny


widok ogólny. Zero cywilizacji. Nawet jednej anteny ani telewizyjnej, ani komórkowej.



jak widać tłumów nie ma





pamiątkosz



Templariusz wielkości lorda Farquuuada

No i ten cudowny sklepik z sardynkami




a na suficie lądy odkryte, chociaż chyba nie do końca.

i księgarnia w kaplicy.


I na tym zakończę kolejny fragment o pięknej Portugalii. Będzie część trzecia i ostatnia, ale to za chwilę, a teraz tradycyjny akcent muzyczny. Addagio Albinioniego w wersji śpiewanej, chociaż nie przez panią w Obidos. Tutaj Lara Fabian, w naprawdę pięknej interpretacji. Tak sobie pomyślałam, że dedykuję tę piosenkę królowej Izabeli, żonie Dionizego, która zamiast miłości, szacunku i szczęścia dostała od życia Dyzia rozpustnika i całe jego hulacze życie, zmartwienia, upokorzenia i smutek. Święta kobieta. Papa....