niedziela, 15 kwietnia 2018

Wiosna

Nadeszła, właściwie wbiegła jak dzika- WIOSNA!!! Dopiero co chodziłam w zimowych butach, a z dnia na dzień zaczęłam się zastanawiać czy nie odszukać letnich sandałów? Nagle zrobiło się 25 stopni, a słońce zaczęło prażyć niemiłosiernie. A co ja zrobiłam w związku z wiosną? Jak to co?- REMONT!!!!
Zamiast durna, leżeć na kocyku, dzień po lanym poniedziałku rozpoczęłam uprzątanie chałupy w celach malowania i zmiany podłogi w pokoju u dziewczyn. Ale gdy tylko we wtorek otworzyłam oczy, w drzwiach stanął policjant z zapytaniem, czy to przypadkiem nie mój pies jest przywiązany do płotu kilkaset metrów od domu. MÓJ??? Ale mój powinien być w ogródku. Ale pan policjant opisał pieska dosyć dokładnie i przestałam mieć jakiekolwiek wątpliwości, że to moje Misio zostało przywiązane do tego płotu. Pojechałam radiowozem z tym miłym policjantem na miejsce i patrzę- leży jak trusia, patafian cholerski!!! A ludzie zamiast odprowadzić go do domu, to zadzwonili na policję. Przecież wiedzieli czyj to pies, skoro policjant trafił do nas bez pudła? Suki się ciekały, a Misiek poczuł zew natury. Pomijam fakt, że w ciągu ostatnich dwóch tygodni uciekł  kilka razy, a raz nawet trafił ponownie do schroniska, po nocnej eskapadzie. Nauczył się cwaniak kopać tunele pod płotem, a my go nie doceniliśmy. Ani jego determinacji, ani jego pomysłowości. Kara dla nas. Mario naprawdę musiał zbudować fortecę, żeby cymbał nie uciekał.


Tak czy siak zapadła decyzja o długo odwlekanej kastracji. Termin na piątek 6 kwietnia. W domu burdel, wiadra z farbami, syf malaga, a tutaj poważny zabieg. Gosia go zawiozła do weta, a po 3 godzinach przywiozła biedaka już bez jajek. Rety jakie to było smutne i nieszczęśliwe, otumanione i oklapłe. Po prostu biedaczek. BARDZO obawiałam się tego klosza na szyję, żeby nie rozpaprał sobie świeżych szwów, ale ku mojemu zdziwieniu siedział w tym grzecznie. Dopóki działały leki przeciwbólowe było w miarę OK, ale w nocy naprawdę zaczęło go boleć, więc spałam z nim na kanapie, a ten bidul skomlał do 4 rano, gdzie już nie wytrzymałam i podałam mu pól tabletki ibupromu, po której w końcu zasnął. Rano spacer, na którym omal się nie zabił. Rana go bolała, a klosz przeszkadzał w niuchaniu, więc za każdym razem, gdy chciał coś powąchać walił tym kloszem w ziemię. Tragedia. Pojechaliśmy do weta na antybiotyk i zastrzyk przeciwbólowy, gdzie mnie skopał i stratował, bo tak walczył o życie... I okazało się, że 2 dni później już wszystko było OK. Pies zaczął zachowywać się normalnie i biegać jak szalony w swoim stylu. Na dzień dzisiejszy jakby nic się nigdy nie wydarzyło. Jajka pięknie zagojone i biega już bez klosza. Na szczęście weterynarka, która robiła mu ten zabieg użyła nici rozpuszczalnych i w środku i na wierzchu, więc odpadł problem ze ściąganiem szwów. Kamień z serca, bo pewnie trzeba by było uśpić go jeszcze raz.

w dniu kastracji

2 dni później

i 3 dni później.
 
A na filmiku z wczorajszego dnia widać, że jest mu już zupełnie dobrze. Kiedy opadnie poziom testosteronu może się okazać, że to fajny kanapowy piesek... Poczekam.
Wracając do remontu, cholernie trudno znaleźć dobrego i dokładnego fachowca do malowania i położenia panelowej podłogi. Zapytałam siostrę, czy jej chłop nie dałby rady. No dałby ewentualnie i może przyjechać z kolegą w środę. Przyjechali spóźnieni 2 godziny. Kolega cwaniaczek stwierdził, że on tak naprawdę dzisiaj nie może, tylko od piątku (to po cholerę przyjechał?) i jeszcze jak mi rzucił ceną za malowanie, to kucnęłam i podziękowałam panu. Nie miałam zamiaru żyć w bałaganie do piątku, a on może przyjedzie, a może nie. Na drzewo. Na polu walki zostałam z siostrą i jej chłopem i sami machnęliśmy to pędzlowanie.



Malowanie mieszkania to nic specjalnie trudnego, pod warunkiem, że nie ma w nim żadnych mebli. Niestety ja mam sporo i to starych i ciężkich, więc samego przesuwania było mnóstwo. Poza tym chata jest wysoka (3,20), więc polatałam po drabinie wte i nazad, a potem kilka dni bolały mnie dokładnie wszystkie mięśnie jakie tylko mam w swoim ciele. WSZYSTKIE!!! W 2 dni pomalowaliśmy 75 metrowe mieszkanie. Szybko, ale sprzątania miałam na kolejny tydzień. No i została podłoga, którą Mario położył razem z chłopakiem Gosi, Bartkiem. Super!!! Wprawdzie zajęło im to 3 dni, ale podłoga wygląda rewelacyjnie. Mam porządek na kolejne kilka lat. A co się narypałam to moje.


W ogrodzie kolejny syf. Nie wiem kiedy ja to ogarnę i czy w ogóle. Dzisiaj nie wiedziałam w co tam ręce włożyć. Moi rodzice mi w tym roku nie pomogą, bo mama jest po operacji halluksów, więc lipa po całości. Na dodatek zeszła cała woda z oczka wodnego. Nie wiem co się stało, Misiek pobiegał i poprzebijał pazurami folię? Pewnie tak. I tak przetrwały tylko dwie ryby tę zimę, a na dodatek jedną Misio zeżarł na dziko, a drugą dziewczyny wypuściły do zalewu w wiosce obok i mam tylko nadzieję, że przeżyła.
I nareszcie kotka Buba została zdiagnozowana. Po 4 miesiącach walki o jej zdrowie i życie w końcu zaczęła wychodzić na dwór. Nie jest już wprawdzie taką samą kotką jak kiedyś, bo i zalękniona i osłabiona, ale daje radę. Jeszcze 2 tygodnie temu weterynarka stwierdziła, że być może to toczeń. Choroba autoimmunologiczna, która najpierw atakuje narządy wewnętrzne, potem układ nerwowy, a następnie skórę i tutaj wszystkie objawy się zgadzały, ale to nie była dobra wiadomość. Na szczęście wyniki wykazały, że to nie toczeń. Gosia z Bartkiem pojechali jeszcze do Wrocławia, do weterynarza, który jest homeopatą i on stwierdził, że kotka ma encefalopatię wątrobową i tutaj objawy też się zgadzały. Póki co kotek jest leczony, odpadła jej połowa uszka przez martwicę, ale ogólnie jest do przodu. Aż się micha cieszy na jej widok, chociaż przez to, że przez ten cały czas była pod całkowitą ochroną, stała się BARDZO awanturującą się kotką. Rozbisurmaniła się i tyle.


A tak ogólnie to straciłam 3/4 węchu, a co za tym idzie także smaku. Straszne to jest, gdy jem fajny posiłek i czuję tylko, że jest to słone albo kwaśne, a cała feria smaków do mnie po prostu nie dociera. Teraz mogłabym przejść na dietę Dąbrowskiej he, he...Byłam już u lekarza, dostałam skierowanie do laryngologa, ale wizyta na czerwiec!!! Ja pierdzielę, co to jest za kraj!!!??? Mam nadzieję, że te zmysły powrócą.
Z fajnych rzeczy w przyszłym miesiącu 2 wyczekiwane wyjazdy- jeden do Neapolu (w planach Sorrento, Capri i Pompeje), a zaraz potem wyjazd do Portugalii do Faro z całą rodziną, Bartkiem i jego rodzicami. Tutaj z kolei w planach Lizbona oczywiście i pałac królewski Quelez, Faro i okolice no i Saragossa w Hiszpanii, bo to niedaleko. Już mi się micha na te wyjazdy cieszy.
A poza tym jedziemy na koncert Billy Idola do Doliny Szarlotty z Magdą z Wrocławia i jej psiapsią Kasią. Termin 21 lipca. Kwatera w Ustce już zaklepana. Będzie szał. W przyszłą sobotę z kolei Lao Che w Wałbrzychu. Lubię. Bardzo.
Tylko muszę trochę w końcu odpocząć, odsapnąć, złapać pion. Jestem naprawdę zmęczona. Naprawdę.

Na zakończenie absolutny szał energetyczny. Postcards from the past. Mam na płycie w samochodzie. Ale się jedzie :) JEDZIE!!!!





środa, 21 marca 2018

Dieta Dąbrowskiej.

Od tego trzeba zacząć, że... NIGDY, przenigdy nie byłam na żadnej diecie. Nawet jeśli takie pomysły świtały mi w głowie o poranku, w godzinach popołudniowych były już dawne nieaktualne i wywietrzałe.
Ani nie miałam takiej potrzeby, ani wystarczającej determinacji, ani silnej woli. Ani w ogóle powodu specjalnego do ograniczania sobie jedzenia i picia. Ja po prostu lubię jeść!!Lubię! I nic tego nie zmieni (no chyba, że jakaś nagła choroba, która zweryfikuje mój jadłospis, ale póki co, nie ma o czym gadać.)
Miałam (i mam ) sporo koleżanek, które co jakiś czas wpadają w wir diet- a to tylko kurczak i gotowane buraki, a to dieta białkowa bez odrobiny węglowodanów, a to dieta sokowa, dieta Kwaśniewskiego czy sam serek wiejski 8 razy dziennie. O RATUNKU!!!! Jakaś tragedia. Z jednej strony byłam pełna podziwu dla katuszy, które przeżywały znane mi koleżanki, a z drugiej pukałam się w głowę- ludzie, po co?
Z jeszcze innej strony, nigdy też nie musiałam specjalnie tych diet pilnować, bo natura obdarowała mnie świetną przemianą materii i mogłam się np. najeść placków ziemniaczanych z zawiesistym sosem polanych dodatkowo gęstą śmietaną, a potem pójść na długą drzemkę i NIC. No oczywiście do czasu, ale długie lata po prostu nie tyłam. Każda ciąża to dodatkowe 10 kg, po porodzie minus 5, bo miałam łapczywe i żarte dzieci, więc gubiłam niemiłosiernie. Długie lata byłam po prostu szczupła.
Pisałam już, że przytyłam po 40-tce, gdy przestałam intensywnie pracować w terenie, ale nawet wtedy, patrzyłam na wszelkie diety z obrzydzeniem.


Jednak od jakiegoś czasu nasza Gośka zaczęła nam myć głowy (mnie i Mariowi), że nie dbamy o siebie, że przydałaby nam się porządna dieta oczyszczająca, po której poczujemy się jak młodzi bogowie, bo po pierwsze- przybędzie nam sporo energii, po drugie -zgubimy nadmiar tłuszczu, po trzecie -pozbędziemy się toksyn z organizmu, a po czwarte -w ogóle musimy spróbować, bo naprawdę będzie super. SUPER!!!
Patrzyłam na tę swoją córkę ze zgrozą!!! Co ona w tym rozumku swoim uknuła znowu? Ale tak długo nam truła, tak długo przedstawiała swoje argumenty, że zgodziliśmy się pod warunkiem- że ja do tego palca nie przytknę i wszystko mamy mieć podane pod ryjek i jeśli choć raz poczuję się głodna, a  nie będzie co jeść, to może być konflikt zbrojny w domu. Gosia zaklaskała w łapki jak foczka i przystąpiła do działania.
Mieliśmy zacząć od soboty, żeby organizm od razu nie zwariował, a poza tym, żeby ona nas miała na oku, czy gdzieś cichaczem w pracy nie podżeramy jakichś śmieci.
Moi drodzy ta dieta to sam szał!!! Tam nie ma NIC.... oprócz warzyw (niektórych), kwaśnych owoców, wody i soków (niektórych) i kiszonek. NIC. Zero tłuszczu, zero cukru, zero węglowodanów, zero białek, zero wszystkiego. Myślałam może kukurydza?NIE!!! Bób może? NIE!!!! Groszek?NIE!!!!
Rano zamiast kawy dostałam wodę z cytryną i imbirem, z zaraz potem kubek barszczu z czerwonych buraków na ciepło. No zaczęło się w sumie dobrze. Rano nie jestem głodna, więc spoko. Na obiad dostaliśmy zupinę na wodzie (pomidory, brokuł, cukinia i chyba cebula). W sumie zupa smaczna, bo można w tej diecie używać przypraw. A 2 godziny później pieczone warzywa z piekarnika- takie same jak w zupie plus marchewka. Takie na dziko, bez oliwy, bez sosu. Po prostu... warzywa. Pycha... 😖😧😨
Na kolację znowu zupa i jakieś warzywa do pogryzania. Zgrzytałam zębami, ale jadłam, a w moich jelitach rozpoczęła się jakaś poważna batalia, bo jeszcze takich odgłosów z siebie NIGDY nie wydawałam. Coś tam się działo niepokojącego.


Na drugi dzień podobnie... woda z cytryną i barszcz. Ale na obiad zaprosili nas rodzice Bartka, co przyjęliśmy z wielką radością. Oni myśleli, że w tej diecie wolno nam chociaż kasze, więc zrobili jakieś muffiny z jaglanki i kalafiora, a tu figa. Zjedliśmy u nich 2 rodzaje kapusty- jedna gotowana, druga kiszona, surówkę z roszpunki z pomarańczami i zupinkę na wodzie 🙀 W sumie smaczną, ale średnio sytą. Dodatkowo wychlaliśmy 5 litrów herbaty z konopii... Też smaczną :)
I tak dzień po dniu to samo, albo prawie to samo, ale ja w poniedziałek miałam już poważny kryzys, a dieta miała trwać 10 dni!!!! Bolała mnie głowa i oczy, lekko kręciło mi się w głowie. Powiedziałam Gośce, że wszystko wszystkim, ale 10 dni to ja niestety nie dam rady, zwłaszcza, że na dworze mrozy po minus 20 stopni, więc jest to średni czas na dietę opartą na samym zielsku. Gosia zrozumiała i powiedziała, że w piątek będziemy już wyhamowywać ... Cokolwiek to miało znaczyć, ale do piątku hardcore! Pamiętam jak jednego dnia dorwaliśmy się z Mariem do słoika z ogórkami kiszonymi. Żarliśmy to jak szczerbaty suchary!!! Rety, jakie to były smaczne i syte ogórki!!!
W czwartek dostaliśmy trochę jaglanki, a w piątek po grzance z avocado dodatkowo jako obiadek. O santa madonna, jaki ten chlebek był pyszny!!! Bardzo, bardzo lubię pieczywo i chociaż mówią, że gluten i coś tam- mnie nie szkodzi. I tak przez kilka nocy śnił mi się chrupiący chleb ze smalcem i szczypiorem. Koszmar prawdziwy :)
Tak naprawdę Mario przeszedł tę dietę dużo lepiej niż ja i on ciągnąłby ją dalej, ale ja już w czwartek kupiłam 2 kilogramy żeberek i zabejcowałam je w miodzie i przyprawach, żeby doszły do niedzieli, bo w niedzielę miałam ochotę najeść się po same czubki uszu, więc powiedziałam, że jak chce to super, ale ja rąbię te żeberka i nie będę ich jadła na korytarzu. Poddał się.

W sumie przetrwaliśmy na diecie pani Dąbrowskiej 7 dni. Wcale nie było łatwo, ale nie było też tak źle jak sobie wyobrażałam. Gdyby nie zupy, byłoby dużo, dużo gorzej, bo one ratowały nam dupska. Ciepła zupa pomidorowa z makaronem z kabaczka jest naprawdę smaczna i nawet lekko zapychała, ale i tak gdzieś z tyłu głowy miałam jakiś niedosyt. Po prostu mózg szukał tłuszczów i cukrów tam, gdzie ich nie było, a jak wiadomo dla mózgownicy cukier jest najlepszym pożywieniem. Biedne moje szare komórki!!!
Czy schudłam? Nie sądzę, może troszkę, ale szału nie było. Zresztą nie spodziewałam się po 7 dniach jakichś spektakularnych wyników i jak się okazało słusznie. Toksyny? No pewnie wypłukałam, bo piłam więcej niż zwykle, chociaż i tak za mało jak na standardy Gosi. To co na pewno się stało, to odstresowanie wątroby. Ona skorzystała na tej diecie najbardziej i choćby dlatego warto było pomęczyć się te kilka dni. Odsapnęła na pewno. A co z samopoczuciem młodych bogów? Ha, ha..zapomnijcie.

 Na tej diecie można przeżyć, tylko cholera co to za życie? Bez wina, serów i pieczywa? Lipa kompletna. Być może powtórzyłabym ten wyczyn, ale na pewno nie zimą przy wściekłych mrozach. Najlepiej w sierpniu, gdy są już świeże pomidory, a słońce jeszcze mocno praży. Zobaczymy.



A póki co, dzisiaj pierwszy dzień wiosny. Dzień wagarowicza, a ja się pochorowałam i przez kilka ostatnich dni leżałam w wyrku zdychając i pocąc się. Dopadła mnie grypa z przerzutem na zapalenie oskrzeli. Nie pamiętam kiedy ostatni raz zażywałam antybiotyki, ale niestety tym razem się nie dało. Choroba zdemolowała mnie tak, że ani ręką ani nogą. Coś okropnego to było. Od ubiegłej środy do wczoraj, niewiele pamiętam ... Koszmar jakiś.
Ale dzisiaj weszłam w końcu do ogrodu, bo zwariować w tym domu  można. W ten pierwszy dzień spodziewałam się zielonej trawki, a tam 15 cm śniegu i wcale na wiosnę nie wygląda. Nawet wierzyć się nie chce, że to już 21 marca.
Dobrze chociaż, że dzień już jest długi!!! Hurra. A w zawiązku z wiosną sesja fotograficzna z Misiem. Czas na fryzjera...Jego, nie mojego!!! Tylko już ja oczami wyobraźni widzę jak Misio daje się ostrzyc na gładko.. ha, ha...


Dzień dobry, to ja, Misio i pańcia. Podobno idziemy do fryzjera, ale nie wiem co to.

Pańcia mówi, że to bardzo fajne. Dają smakołyki! Tylko trzeba stać grzecznie, co najmniej pół godziny. Ile to jest pól godziny? Chyba dużo?

Pańcia mówi, że to trochę dłużej niż do tego zdjęcia. Może dam radę.
Proszę państwa, Misio zgodził się ostrzyc na wiosnę...

Ale co ty bredzisz kobieto? Nie, wcale nie mówiłem, że dam się ostrzyc. Ja się tylko zgodziłem na fryzjera i smakołyki...
no i co to będzie?

niedziela, 11 marca 2018

Początek roku.

W drodze na Wielka Sowę w styczniu by Tomek Ostrowski
No proszę i mamy marzec!!! Cieplutki marzec!!!!2 pierwsze miesiące strzeliły nie wiadomo kiedy. Strasznie nie lubię tych styczniów i lutych, bo są ciemne, zimne i obrzydliwe, zwłaszcza jeśli nie ma śniegu, tak jak to było w tym roku. No a luty dodatkowo w bonusie dowalił rekordowymi mrozami. Spacery z psem to była średnia przyjemność.
W styczniu praktycznie tydzień po tygodniu jakieś imprezy w weekendy. Najpierw urodziny Madzi z Wrocławia (mam kaca do dzisiaj!!!), a tydzień później koncert Tribute to George Michael we Wrocławskim Starym Klasztorze. Na basie miał grać nasz wspólny (Magdy i nasz) znajomy Paweł, który kilka lat temu jako repatriant  wrócił do ojczyzny z Kazachstanu razem z fantastyczną żoną Arinką i synkiem Wiktorem. Jeszcze w listopadzie Paweł zaprosił nas na FB  na to wydarzenie, co bardzo mnie ucieszyło, bo po pierwsze- kocham George Michaela, a po drugie- chciałam usłyszeć jak gra nasz Pablo na basie. Obiecałam mu, że na scenę posypie się deszcz staników. Potem pisała do mnie Madzia z pytaniem, czy my będziemy te staniki rzucać, bo Paweł zatrwożony, że my naprawdę chcemy to zrobić. Odpisałam Madzi, że jasne, co ją bardzo ucieszyło. W dniu koncertu zapakowałam 4 biustonosze do torebki po swoich córkach ( moich nie brałam, bo zabiłabym basistę namiotem), a Magda zgarnęła 2 sztuki ze swojej osobistej szuflady. Na miejscu okazało się, że przez miejsca siedzące (w ogóle co za pomysł??? Na koncercie miejsca siedzące?Przecież to nie filharmonia) nie będziemy mogli stać pod sceną, bo nie da rady, więc żeby cokolwiek zobaczyć stanęliśmy na antresoli, skąd żadnym biustonoszem nie dorzuciłybyśmy na scenę. No cóż, koncert się rozpoczął i był bardzo fajny, chociaż wokalnie miał bardzo wiele do życzenia. Ale kapela miała fajny chórek, świetnego saxofonistę no i rzecz jasna genialnego basistę :). Żeby śpiewać tak jak George Michael po prostu trzeba być Georgem Michaelem. Tutaj wokalista nadrabiał energią, no i bardzo dobrze. Bozia głosu nie dała.
Postanowiłyśmy zrzucić te biustonosze z antresoli po prostu na publikę... Najpierw jeden... a potem już deszczem.




Powyżej widać jak jeden z uczestników doniósł na scenę staniczek. Wokalista jakby od razu się poczuł. Dopiero jak wyczaił, że to nie dla niego, tylko dla Pawła, mina trochę mu zrzedła. Miałyśmy ubaw po pachy,  a biedny Paweł stał kręcąc głową, jakby mówił-K#$@a, nie wierzę... A jednak.
Fajny koncert, naprawdę. Przy Wake me up before you go go publika już szalała w najlepsze. Dobra inicjatywa, trochę gorsze wykonanie, ale i tak bawiliśmy się świetnie.



Tydzień później była nasza imprezka urodzinowo- mafijna, a w drugim tygodniu lutego pojechaliśmy z Mariem do Warszawy. Mamy tam 2 fajne koleżanki, które zawsze starają się, żeby nasz pobyt u nich był urozmaicony. My w sumie pojechaliśmy tam na koncert Schillera, który odbył się 12 lutego, ale w stolicy wylądowaliśmy już w sobotę. A w sobotę miał się odbyć mini zlot fanów Duranów, ale niestety przypadki chodzą po ludziach i spotkaliśmy się tylko z Edi, bo reszcie dziewczyn powypadały inne rzeczy. Zwłaszcza Asi Czarnej fatalne. Ale spotkanie z Edi było przesympatyczne i przezabawne, dodatkowo przy dobrym jedzonku, bo spotkaliśmy się w czymś w rodzaju bursy w ambasadzie Serbii. Tam rodowici Serbowie zaserwowali nam swoje narodowe dania. Bardzo smaczne. Po wypiciu 5 butelek wina serbskiej roboty rozeszliśmy się w doskonałych humorach.


A następnego dnia zwiedzanie- najpierw pojechaliśmy na złomowisko, gdzie w wielkim hangarze była wystawa figur stalowych!!! I kogo tam nie było?I Terminator i Predator i Alien i Super Mario, Jaskiniowcy, Houlk i wielu, wielu innych. Dodatkowo fantastyczne samochody i motocykle. Naprawdę sztuka przez duże sztu, a precyzja wykonania godna najwyższego podziwu.

bizon ze śrubek



Mario i super Mario :)

Predator

stolik kawowy ze stołkiem


Świetna ta wystawa, chociaż wejście nie tanie, bo 25 pln od osoby, chyba, że bilet rodzinny to 20 pln. O taki poprosiłam, a pan zapytał gdzie moje dzieci. Pokazałam Beatę i Anię, pan się zaśmiał, że spore mi te dzieciaki porosły, ale sprzedał ulgowe.
Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy do czegoś w rodzaju demobilu w Otrębusach. I czego tam znowu nie było? Samochody z przeróżnych epok, motocykle, piętrowe autobusy, budki telefoniczne, stare telewizory i radioodbiorniki, wózki dziecięce, rowery i szlag wie co tam jeszcze. Był nawet czołg Rudy:)

pink caddilac


A wieczorem dziewczyny zabrały nas do klubu Boho na występy standuperów z programem spontan. Czyli na naszych oczach miało się dziać. Na miejscu okazało się, że być może wcale nie wejdziemy, bo jest mało miejsca, ale jakoś nam się udało. Rzeczywiście miejsca było bardzo mało. Scena malusieńka. Policzyłam, że publiki było jakieś 6o sztuk, a artystów 12 :) Podzielili się na 2 grupy i poprosili o nadanie im nazwy- publika wymyśliła Bąbelki i Bandę Łysego, a konkurencji było 8. Stado zakręconych i przezabawnych ludzi na spontanie wymyślali przezabawne scenki, z których dosłownie laliśmy ze śmiechu. Mnie osobiście najbardziej rozśmieszyła "Randka w  ciemno", gdzie kandydatami na randkowiczów był krecik, który nienawidzi mężczyzn, ameba znająca się na hydraulice i kosmonautka wystrzelona w kosmos w samochodzie Tesla. Na pytanie, czy Ameba zaprosiłaby naszego głównego kandydata na obiad do rodziców, Ameba odpowiedziała, że mają tylko jedna komórkę, ale lubią się dzielić i znają na rurach, Krecik co chwilę stękał oh Yo, a astronautka lewitowała.... Konkurencje były naprawdę jajcarskie, a występujący niezwykle inteligentni, przezabawni i naprawdę spontaniczni. I o to właśnie chodziło. W którymś momencie zalałam się łzami ze śmiechu. Decyzją publiczności cały konkurs wygrały Bąbelki, chociaż Banda wcale nie była gorsza. Polecam kabaret "Damy na Pany" i resztę towarzystwa z klubu BOHO, bo są nieprzeciętni i naprawdę, naprawdę przezabawni!!!


Krecik za kotarą

Chubbaka popijający herbatkę z cytrynką przyklejony do rzepa

Konkurencja, gdzie każde nowe zdanie zaczynało się na kolejną literę alfabetu. Tutaj scenka w izbie przyjęć.

Szef bandy Łysego

nie pamiętam...

i na koniec tańce i śpiewy na spontanie. Brawa.

W poniedziałek i wtorek jeszcze pozwiedzaliśmy stolicę. Ruszyliśmy szlakiem najfajniejszych murali warszawskich i odwiedziliśmy nowo otwarte muzeum Warszawy, a także muzeum karykatury. Świetne!!!
Wszystko nam się podobało i dziękujemy naszej przewodniczce Ani za spędzenie z nami tego fajnego czasu, a Beacie za wyszukanie tych wszystkich atrakcji.




najmniejsza kawiarenka w Polsce. 2 osoby plus barista i jest tłum!!!

i domek dla lalek w jednym z podwórek na Hożej (o ile pamiętam)
A we wtorek wieczorem wyczekiwany koncert Schillera. Do całkiem niedawna w ogóle nie wiedziałam kim ten człowiek jest, ale jakoś ze 2 lata temu wpadliśmy na jego koncert z Hamburga, gdzie jedną z zaproszonych gwiazd był Midge Ure z Ultravox, a wykonanie podczas tego koncertu utworu Let it Rise zwaliło nas z nóg. Po prostu czad!!!




Midge Ure, starszy już facet, ale tutaj w jednej z najlepszych odsłon ever!!!. W ogóle myślałam, że nie ma lepszego wykonania tego kawałka poza tym koncertem, dopóki nie zobaczyłam Symfonicznego koncertu w Berlinie. No tutaj to majtki mi spadły!!!
Sami porównajcie.



Cały koncert dostępny na youtube. Zachęcam do obejrzenia, bo doprawdy jest czarowny.
Polubiłam tego Schillera, chociaż wielką fanką nie zostałam. Spodobała mi się jego melodyka, aranżacje i przestrzenność kompozycji, a także rozmach. Bilet na jego koncert Mario dostał w prezencie urodzinowym, a ja swój tradycyjnie dokupiłam. Warszawski występ miał się odbyć w klubie Progresia, gdzie 2 dni wcześniej występowało OMD. Klub zrobił na mnie średnie wrażenie. Obdarty i brudny. Podłoga nie myta chyba od 10 lat. Jakaś tragedia. Naprawdę. Nie jestem jakąś pedantką, ale to mi zazgrzytało, gdy z klepiska wyglądały na mnie klepki parkietu.



Sam koncert odbył się z lekkim opóźnieniem i niestety ku naszemu rozczarowaniu Schiller wystąpił tylko z dwoma muzykami, bez jednego wokalisty. Oczywiście wszystko było fantastyczne i kompozycje i oprawa i zaangażowanie, a także niezwykła kultura Christophera Von Deylena, ale cholera naprawdę zabrakło chociaż jednej wokalistki, a ludzie aż się rwali do odśpiewania I Feel you. Trudno, taką wybrali konwencję i ten brak śpiewaków to jedyny zarzut jaki mam do tego koncertu (A Schiller potrafi wybrać wśród najlepszych). Sam koncert niezwykle przestrzenny i klarowny. W tle piękne slajdy uzupełniające muzykę. Grali długo, ale my już pod koniec zwinęliśmy żagle, bo rano do roboty, a do domu jeszcze ponad 400 kilometrów. I tak jazda w tej chwili z Warszawy na DŚ to sama przyjemność i lekkość bytu. Kiedyś ta trasa trwała ponad 8 godzin, teraz można zmieścić się w 4.
Zleciał ten początek roku strasznie szybko, chociaż na fajnych wydarzeniach.
 Dzisiaj było 17 stopni!!! Biegałam w krótkim rękawem po ogrodzie i coś tam ogarniałam. Chciałam nawet zrobić pierwszego grilla, ale PIS rozpoczął prohibicję zakupową w niedzielę i pozamykał markety, więc nie było materiału, ale jeśli w następny weekend będzie też tak fajnie, rozpocznę sezon grillowy 2018 :) W końcu wiosna. NARESZCIE!!!

Obrazek z Muzeum Karykatur. Cudny :)


wtorek, 27 lutego 2018

Gdy kotek jest chory.


Nigdy nie przypuszczałam, że nasza kicia Buba posypie nam się jako pierwsza z całego kociego trio, ponieważ ma dopiero 7 lat i jest najmłodsza z tego towarzystwa, ale niestety stało się inaczej.
Jakoś z miesiąc temu w piątek zaczęła się zataczać i być niemrawa, więc szybciorem zawiozłam ją do weta, bo bardzo mi się to nie podobało. Jeszcze wcześniej Gosia była z nią u innego weta, bo już wtedy nas niepokoiła (za dużo piła wody). Weterynarka ją pooglądała i stwierdziła, że wszystko OK, ewentualnie trzeba jej zrobić wyniki krwi, a żeby to zrobić kot powinien być na czczo. Dobrze powiedzieć, ale jeśli w domu są 3 koty to jedzenie jest wystawione cały czas, więc trudno w ogóle było przyłapać Bubę na głodniaka. Później się dowiedziałam, że żeby zrobić analizę krwi pod kątem nerek, kot wcale nie musi byc na czczo, ale teraz to już musztarda po obiedzie.
Wracając, inny wet do którego zazwyczaj chodzę, zbadał pannę Kicię i stwierdził, że ma powiększone nerki i nie jest dobrze. Dostała zastrzyk i kazał wrócić w sobotę. W sobotę było gorzej, a w poniedziałek katastrofa. Kot przez cały weekend nic nie tknął, ani nie zjadł, ani nic nie wypił. Była bardzo słaba i odwodniona. Skóra kota wskazywała na to, że jest tragedia.

środa, 21 lutego 2018

Mafia Antona :)



Już jakiś czas temu postanowiliśmy z Mariem zrobić wspólną imprezę urodzinową. Ja mam swoje urodziny w grudniu, on w lutym (tak, jest młodszy o 2 miesiące), więc styczeń wydał nam się idealnym miesiącem na taką fetę. 100 lat to nie w kij dmuchał.
Jakoś w grudniu już większość pozapraszałam i okazało się, że nasi znajomi Jola z Radkiem i Adaś, też mają zaległe imprezy urodzinowe (wszyscy z listopada) i może zrobilibyśmy to wspólnie? Jasne, czemu nie. To fajny pomysł. 
Moja Gosia poleciła mi salę w Marcinowicach, którą prowadzi mama jej koleżanki. Pojechałam, zobaczyłam, zamówiłam i zaklepałam na 27 stycznia.

sobota, 17 lutego 2018

Dekada piąta- dojrzałość.


                                                                      2007-2017

W 2007 roku

- ogłoszono wyrok skazujący dla członków afery tzw. "łowców skór". Czy ktoś z was spodziewał się kiedykolwiek łódzkiego pogotowia?



- Pałac Kultury i Nauki został wpisany do rejestru zabytków. Dzisiaj władza PIS chce go wyburzyć...Słow brakuje.


- na targach biżuterii w Gdańsku skradziono diamenty warte 1,5 miliona dolarów.


- w trakcie zatrzymania przez ABW Barbara Blida popełniła samobójstwo. Sprawa nie została wyjaśniona do dzisiaj.


- na stadionie Śląskim zagrały zespoły Linkin Park, Pearl Jam, Genesis oraz Red Hot Chilli Peppers.



- George Michael wystąpił na Służewcu (strasznie żałuję, że na tym koncercie nie byłam)


- podczas białego szkwału na jeziorach mazurskich zginęło 12 osób.


- Sejm większością głosów zdecydował o skróceniu V kadencji. Kaczyński dostał porządnego kopa, ale od tego czasu wiele przemyślał i niestety wrócił robiąc Polakom wodę z mózgu. w 2015 roku...


- Polska przystąpiła do Strefy Schengen. Przejścia graniczne i paszporty przestały obowiązywać w Unii Europejskiej dla Polaków.


A za granicą?

-w San Francisco zaprezentowano iPhona


- Oscara za najlepszy film otrzymał Graham King za Infiltrację.


- odbyła się premiera ostatniej części Harryego Pottera "Insygnia śmierci" J.K Rawling



- prawdziwy szok energetyczny- Foo Fighters z płytą Echoes, Silence, Patience and Grace. Polecam!!!



-Travis wydaje album The Boy with no name



- Arctic Monkeys wydaje album Favorite Worst Nightmare



- Ludność świata to 6 miliardów 671 milionów ludzi.


I właściwie nie wiem co jeszcze mogłabym dopisać, bo 2007 rok to rok zamachów terrorystycznych na Bliskim Wschodzie (nie tylko), katastrof lotniczych, huraganów, orkanów, tsunami i innych tego typu kataklizmów. Zły, niedobry rok. Trup ścielił się gęsto i gwałtownie. Tak rozpoczęła się dekada 5.

A u mnie? To był zwyczajny, dobry rok. Pod koniec 2007 roku dostałam od Urzędu Pracy dofinansowanie na otworzenie własnej działalności gospodarczej. Formalności trwały chwilkę i otworzyłam to co najprostsze, czyli stoisko z biżuterią, prezentami, upominkami i akcesoriami do włosów. Szwarc mydło i powidło. Miejsce na stoisko wydawało mi się idealne, bo centrum miasta w domu towarowym na przeciwko sądu. Okazało się jednak, że wcale takie idealne nie było. Właściwie w ogóle :) Pociągnęłam to przez 2 lata, dopóki płaciłam mały ZUS, a potem odpuściłam, bo sensu w tym dużego nie było. Dopłacanie do interesu to raczej kiepski pomysł. Zamknęłam bez żalu wcześniej odstępując swoje miejsce facetowi z Wrocławia, który dodatkowo odkupił ode mnie meble i regały stoiskowe. Przynajmniej tyle.