No kurczę, pora kończyć opowieść o Portugalii, bo już za długo to trwa.
Do Porto dojechaliśmy wieczorem, do fajnej, nowej dzielnicy położonej tuż przy oceanie. Dosłownie od plaży i tej dzikiej wody dzieliła nas jedna ulica. Widziałam ocean z okna naszej sypialni. Cudownie. Samo mieszkanie duże, nowoczesne i wyposażone we wszystko, oprócz zmywarki, ale czy ona nam była potrzebna? Niekoniecznie. Zanim jednak do niego dojechaliśmy, facet- właściciel- opiekun chgw kto, ponaglił mnie, żebym wysłała skany naszych dowodów osobistych. W przypadku Airbnb, to nigdy nie powinno mieć miejsca, ale facet się uparł. Na postoju w Tomar chłopaki zeskanowali te dowody i wysłałam panu łaskawie. Zanim dojechaliśmy nawiązałam z nim kontakt na Whats Appie, z zapytaniem czy dotarły te skany. Facet odparł, że nie. Wysłałam jeszcze raz teraz już na tym komunikatorze. Po chwili dostałam informację, że teraz mam mu podać numer mojej karty kredytowej, bo mamy jeszcze dopłacić za opłatę klimatyczną i kaucję za mieszkanie. Tu już się wkurzyłam i napisałam mu, że chyba kpi i szuka frajerów, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie poda mu danych do karty kredytowej, podczas, gdy on ma wszystkie nasze dane i że wynajmując mieszkanie na Airbnb nie ma w ogóle mowy o dodatkowych opłatach. Facet się upierał, więc się wkurzyłam i napisałam skargę do Airbnb, że jest to próba wyłudzenia od nas pieniędzy. Oni tam działają błyskawicznie. Po 5 minutach pan pięknie przepraszał, że on nie wiedział, że jest nowy i takie tam pierdy. Taaa... a mieszkanie wynajmuje od 6 lat. No mniejsza o większość. Zatrzasnął się póki co.
Rano pozbieraliśmy manele i ruszyliśmy na miasto. Trzeba było chwilę dojść do metra przez największy zwodzony most jaki w życiu widziałam. Pogoda tego dnia była taka sobie, ale na zwiedzanie akuratna. Nie padało 😛
Po jakichś 40 minutach dojechaliśmy do centrum Porto... w remoncie. Podobnie jak Rzym w ubiegłym roku, to miasto było także w stanie liftingu permanentnego. Zanim wyjechaliśmy z domu, naszym głównym celem była przepiękna i jedyna taka na świecie księgarnia Lello. Absolutnie bajkowa, kunsztowna i zdobna, z najpiękniejszymi schodami jakie widziałam w życiu. Księgarnia była naszym must see na liście Porto. Ale, żeby się tam dostać, trzeba wcześniej kupić bilety w necie. Bilet kosztował około 20 Euro. Wejścia są co 15 minut.
Ale najpierw zwiedzanie okolicy. Tuż przy stacji metra, gdzie wylądowaliśmy, nakupiłam magnesów jak głupia jakaś, bo były znowu takie piękne, że nie mogłam się powstrzymać. Ale tuż obok był dworzec z fantastycznymi kobaltowymi kafelkosz. Zajrzeliśmy z wielką przyjemnością rozdziawiając buzie, bo sceny na kafelkosz absolutnie fantastyczne. I za darmo!
W ogóle pierwsze moje wrażenie, po wyjściu z metra, to wowwwww.... Bardzo mi się spodobało to miasto. Bardzo. Na mojej osobistej liście najfajniejszych miast na świecie, a kilka już widziałam, Porto jest na miejscu 3, po Wenecji i Barcelonie. Położone na wzgórzach, z absolutnie przepiękną architekturą, ten most i łodzie na rzece Douro, wcale nie takiej małej, niczym azjatyckie dżonki połączone z Weneckimi gondolami. Poszliśmy w stronę katedry, gdzie na placu jakiś chłopak akurat śpiewał "More than worlds" zespołu Extreme, do której to piosenki mam bardzo osobisty i romantyczny stosunek. Panorama miasta genialna!!!! Za katedrą, schodkami w dół, można wejść sobie na taką półkę skalną i zobaczyć widok na ten absolutnie kapitalny dwupoziomowy most. Weszliśmy na niego po chwili i zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Górą jeździ metro!!!! Taka sytuacja. A widok po prostu niemożliwy. Ta wysokość!!!! Z mostu, po lewej stronie widać też kolejkę, która wspina się do góry od samej rzeki. Piękny! Naprawdę zachwycający.
Trochę jeszcze połaziliśmy, weszłam na Uniwersytet zobaczyć co tam w sklepach (ojojoj), obok piękny kościół cały oczywiście w kafelkosz. Zajrzałyśmy też z dziewczynami do sklepu specjalizującego się w manufakturze związanej z ceramiką artystyczną. Chciałam kupić coś fajnego mojej przyjaciółce Ewie, która od jakiegoś czasu zajmuje się naszym Misiem, gdy wyjeżdżamy. Udało mi się kupić dla niej ręcznie robiony naszyjnik z gliny kaolinowej w szkliwie w kolorze turkusowym. Fajny. Ale pan, który tam obsługiwał, każdy taki hand made produkt pakował indywidualnie w osobne pudełeczko lub kartonik i papierek. Trochę to trwało i skojarzyło mi się z filmem (moim ulubionym X masowym filmem ). Mniej więcej tak to wyglądało. Maccabre!!!A czas do zobaczenia Lello był tykający głośno....
Stanęliśmy do księgarni w kolejce... Jaja jakieś. Kolejka do księgarni? W Polsce nierealne. No, ale my nie mamy takiej miejscówy, niestety, ale co nam szkodzi taką otworzyć? Póki co, nie ma chętnych.
tuż po wyjściu z metra.
dworzec kolejowy
Betty na tle kafelkosz
stary, zamknięty na głucho kościół na jednym ze wzgórz
Panorama miasta z tarasu przy katedrze.
brylantowe buciki. Zrobię sobie takie, tylko muszę kupić cekiny w Action 😋
złote, a skromne
Widok z mostu strona lewa
widok na wprost
widok z mostu, strona prawa
Na Uniwersytecie Słońce, księżyc i Ziemia zawieszone w arkadach
Stanęliśmy grzecznie w kolejce do księgarni w długim ogonku. Wpuszczają tam co 15 minut, więc trzeba być punktualnym. Tak na szybko po obliczeniu ilości osób w każdej grupie, Mario dokonał prostego rachunku, że z samej tylko turystyki księgarnia nie sprzedając ani jednej książki zarabia około 20 tysięcy Euro dziennie. Brawa za pomysł!Ale czy warto zapłacić taką kwotę za wejście? Moim zdaniem zdecydowanie tak. Jednak ilość turystów przekracza tam masę krytyczną, co utrudnia oglądanie, a nawet swobodne poruszanie się w środku. Księgarnia powstała w1906 roku i znajduje się w centrum Porto, przy Rua das Carmelitas. Budynek zaprojektował Francisco Xavier Esteves, a za jej stworzeniem stoi rodzina Lello, która prowadziła wcześniej działalność księgarską i wydawniczą w mieście. Samo wnętrze jest przepiękne, kunsztownie zdobione, z witrażowym sufitem, który przepuszcza rozproszone światło. Same książki sprzedawane tam są w kilku językach, gdzie króluje angielski i hiszpański. Na osobny dział zasłużył sobie Harry Potter, który stał sobie na półeczkach we wszystkich językach tego świata. JK Rowling mieszkała kiedyś w Porto i była tym miejscem zauroczona, więc coś za coś. Ona zrobiła im reklamę, a oni jej kącik i to dosyć spory. Schody są absolutnie genialne. Byłam tym miejscem i nadal jestem zauroczona. Pozbyłabym się tylko turystów 😹
za czym kolejka ta stoi? Za wiedzą, za wiedzą, za wiedzą....
kącik Harryego.
Po wyjściu z księgarni poszlajaliśmy się jeszcze po mieście, aż dotarliśmy do centralnego placu z miejskim ratuszem i napisem Porto, gdzie dokonaliśmy rytualnego zdjęcia z miejsca pobytu. Przypomniało mi się, że mieliśmy zobaczyć instalację artystyczną przedstawiającą iberyjskiego rysia zrobioną z kolorowych plastików. Zapytałam czata GPT jak do niego dojść, a ten cyberosiołek zamiast dopytać o jakiego rysia mi chodzi, po prostu pokazał mi drogę dojścia krok po kroku. Poszłam z Beatą, Basią i Mariem. Reszta, czyli dwaj starsi panowie, zostali na miejscu racząc się widokami centrum Porto. Ruszyliśmy według instrukcji pod górkę, aż wylądowaliśmy na tym samym placu, na którym czekaliśmy na wejście do Lello. Rysia ani widu, ani słychu. Basia pobiegła gdzieś w ulicę dopytując lokalsów, a ja z Beatą doszłyśmy do ławeczki z panem i jakąś młodą dziewczyną, wywiedzieć się o kolorowego rysia zrobionego z plastiku. Pan popatrzył na mnie jakbym spadła z Jowisza co najmniej i spokojnie odpowiedział, że nie ma kolorowych rysi, są tylko czarne, albo brązowe, a dziewczyna dopowiedziała, że w ogóle takiego rysia w Porto nie ma. No kurczę, jak to nie ma? Weszłam w googla i znalazłam tego rysia... w Lizbonie. Kurtyna. Była jeszcze scena z Basią, która wybiegła z tej bocznej ulicy, że znalazła prawie, bo jakaś pani jej powiedziała, że gdzieś tu jest.... No właściwie? Mario na koniec powiedział, że zamiast łazić tu z nami w poszukiwaniu nieistniejącego rysia, to już wolałby szukać pokemonów....
Kot z Lizbony poszukiwany w Porto
i kot w Porto, kilka ulic od naszego placu.
Żeby była jasność, wyjeżdżając następnego dnia z Porto w kierunku Bragi, ryś iberyjski z takiego tworzywa sztucznego, z jakichś odpadów, (z tym, że brązowo- czarny he, he) stał sobie dumny i wyprężony przy wyjeździe z miasta... Może nie taki spektakularny jak ten w Lizbonie, ale jednak był, tylko nie zdążyłam mu zrobić fotki.
Chciałam jeszcze połazić po tym mieście, ale towarzystwo było już zmęczone, zdrożone, a my kupiliśmy bilet zbiorowy na metro, więc lipa. A bardzo chciałam zobaczyć najstarszą część tego miasta i nabrzeże z tymi dżonkami. Zdecydowanie mam niedosyt. W zamian na kolacje kupiliśmy przepysznego dorsza prosto z oceanu, który smakował wyśmienicie, a rano, przed wyjazdem do Bragi, poleciałyśmy z dziewczynami nad ocean, który był naprawdę o rzut kamieniem. Dużo fajnego było na tej plaży, ale ja miałam tylko bagaż podręczny, więc zabrałam ze sobą jedynie dwa patyki wyszlifowane przez fale. Oryginalne. Mam je teraz w domu. Jeden wygląda zupełnie jak T. Rex.
Wieczorem uzgodniliśmy, że skoro już tu jesteśmy warto podjechać jeszcze do jednego z najstarszych miast w Portugalii, czyli do Bragi. Z Porto to jakieś 50 kilometrów. No i super. Czekały na nas super fajne zabytki do zobaczenia. Braga to jedno z najstarszych miast Portugalii. Starsze niż sama Portugalia jako państwo. Rzymianie założyli je jako Bracara Augusta w I wieku p.n.e. i było ważnym miastem administracyjnym Imperium Rzymskiego na Półwyspie Iberyjskim.
Braga bardzo wcześnie stała się jednym z najważniejszych ośrodków chrześcijaństwa na Półwyspie Iberyjskim. Do dziś mówi się o niej jako o „religijnej stolicy Portugalii”.
Sé de Braga, czyli katedra jest jedną z najstarszych w kraju i była przez wieki sceną sporów politycznych, konfliktów o władzę kościelną i walk o wpływy między biskupami, królami i lokalną arystokracją.
A tam, gdzie w średniowieczu Kościół i władza świecka się ścierały… bywało naprawdę krwawo (choć nie zawsze spektakularnie, raczej „po cichu”: trucia, egzekucje, uwięzienia). Czyli klasyka. Weszliśmy do tej stareńkiej katedry, gdzie największe wrażenie zrobiły, przynajmniej na mnie przepiękne, trójfasadowe organy. Bogato zdobione i jedyne takie na świecie chyba, albo ja o czymś nie wiem, co nie jest znowu takie niemożliwe 😋 Znajdują się tam jeszcze grobowce królów, czy biskupów, no jest tam tego sporo. Katedra naprawdę robi wrażenie, a bilet kosztuje z tego co pamiętam 3 Euro.
Połaziliśmy po tej Bradze, bardzo kontrastowej, bo jednocześnie starej i nowoczesnej, pełnej studentów, ale także zatęchłej przeszłości. Ale naszym must see było Bom Jesus do Monte.
To monumentalne sanktuarium z ogromnymi schodami prowadzącymi na wzgórze. Każdy poziom symbolizuje drogę duchową — od cierpienia do odkupienia.
Ale ciekawostka: ta architektura nie jest tylko „ładna”. Ona jest teatralna i psychologiczna. Na każdym poziomie znajduje się fontanna, z której symbolicznie spływa woda, a to z oczu, a to z uszu, a to z nosa... Nawet mnie to rozśmieszyło, dopóki się nie dowiedziałam, że schody mają prowadzić pielgrzyma przez emocje, fontanny symbolizują grzech i oczyszczenie, a całość jest jak barokowy „film o śmierci i zbawieniu”. Kurczę, ktoś miał pomysł. Fontanna z nosa i uszu... Taaaaa
W dawnych czasach pielgrzymki bywały ekstremalne, ludzie naprawdę traktowali je jak formę pokuty. Taka golgota, tylko w innym stylu. Teraz jest pod patronatem Unesco, a na miejsce można dojechać nie tylko samochodem, ale też kolejką hydrauliczną.
Stara mapa Bragi przed katedrą
Fajne, stare... brałabym.
Tradycyjne zdjęcie w centrum miasta.
every breath you take...
every move you make....
i nareszcie znajome klimaty. Szturmowiec z Gwiezdnych Wojen.
W kasie do katedry można kupić sobie winko
albo takie cacka z gliny kaolinowej.
Przepiękne organy...przepiękne.
Katedra z boczku
i katedra z przodu
I jeszcze raz organy. Naprawdę jestem ciekawa jak brzmią.
lokalny gad.
i piękny ogród w środku miasta
Mario buszuje w lodówce Lidla
Bom Jesus de Monte
jak krew z nosa....
ostatnia zbiorówka
kolejka hydrauliczna. Ciekawostka techniczna.
I bardzo ciekawy ołtarz. Trójwymiarowy.
Ponieważ zostało nam jeszcze trochę czasu, a dzionek był młody, rzutem na taśmę pojechaliśmy jeszcze dalej na północ do miejscowości Guiamaes. Oczywiście w planach mieliśmy zobaczenie zamku, ale chyba portugalskie zamki po prostu nie były nam pisane podczas tej wyprawy, a już na pewno nie te od Sintry w górę. Tym razem zamek był czynny, ale nie potrafiliśmy???(prawie niemożliwe) ściągnąć kodu QR, a pan w kasie uparł się, że bez kodu nie wejdziemy. No to lipa i poszliśmy sobie dalej.
Guimarães to jedno z tych miejsc w Portugalii, które od pierwszego kroku ma w sobie coś „pierwotnego”. Nie tylko stare mury i brukowane uliczki, ale poczucie, że właśnie tutaj zaczęła się cała historia kraju. Miasto nazywane jest „kolebką Portugalii” i rzeczywiście trudno o lepsze określenie.
Kilka minut spaceru dalej znajduje się monumentalny pałac Paco dos Dugues de Braganca, który często wywołuje skojarzenia z Hogwartem. Przynajmniej ja miałam takie skojarzenie. Długi, symetryczny budynek z licznymi kominami i ciężką, ceglaną architekturą wygląda bardziej jak scenografia niż realne miejsce. A jednak wszystko było tam prawdziwe. Nawet nie pamiętam czy tam były jakieś bilety?
Między zamkiem a pałacem rozciąga się miasto, które nie próbuje udawać niczego nowoczesnego na siłę. Wąskie uliczki, kamienne fasady i spokojny rytm życia sprawiają, że Guimarães bardziej się „odczuwa”, niż zwiedza. To nie jest miejsce, które się tylko ogląda. Cudowne maleńkie i stare uliczki, senny klimat. Na pewno zapamiętam je na długo. I może właśnie dlatego tak łatwo uwierzyć, że to tutaj zaczęła się historia Portugalii?
Hogwart
Wieczorem po kolacji poszłyśmy jeszcze z dziewczynami nad brzeg oceanu z winem i w doskonałych humorach spędziłyśmy tam ze dwie godziny? Dołączył do nas Mario, który przy Mc Donaldzie ładował nasze autko, na podróż do Lizbony. Było fantastycznie nad tym oceanem nocą i dziewczyny bardzo wam za ten wieczór dziękuję. Ten zapach, wiatr, szum olbrzymich fal… i poczucie, że wszystko dzieje się trochę poza czasem. Ta podróż od Lizbony, przez Sintrę, Peniche i Nazaré, aż po Porto i Bragę była jak przechodzenie przez różne światy — każdy inny, każdy z własnym rytmem, światłem i historią. I choć wróciliśmy do codzienności, coś z tego wybrzeża, mgły i kamiennych uliczek zostało już na stałe pod moją skórą.
Portugalia jest przepiękna i zdecydowanie mam niedosyt, zwłaszcza tego Porto, ale kto wie? Wchodzi nowa usługa w tanich liniach lotniczych, więc będziemy z Mariem czujni. Póki co we wrześniu czeka na nas Andaluzja. Jejku, jak się cieszę!!!!! Plan wycieczki już opracowany.
Ocean za dnia
I ocean nocą.
Na koniec musi być piosenka. Tym razem usłyszałam ją w portugalskim radio w drodze na lotnisko. Moim zdaniem fajna nuta. Będzie mi się zawsze już kojarzyła z tą wyprawą.