czwartek, 2 kwietnia 2026

PORTUGALIA 2026- Peniche, Nazare, Obidos


 

Nazare i jego majestatyczne, olbrzymie fale.... tak, to zdecydowanie od lat było na mojej liście must see. Ale zanim tam trafiliśmy wylądowaliśmy późnym wieczorem w Peniche. Mieszkanie znowu wynajęte w Airbnb okazało się bardzo duże i znowu słoneczne, z trzema sypialniami, dwoma balkonami i sporą, chociaż kompletnie niepraktyczną kuchnią. Przyjęła nas Ana, bardzo sympatyczna właścicielka, a którą wcześniej rozmawiałam przez Whats Appa. Pod koniec stycznia Portugalię właśnie w okolicach środkowego wybrzeża sponiewierały potworne huragany i ulewy. Niże, które przywlokły wiatry wiejące z prędkością 200 km/godz, ogromne fale na Atlantyku, pozalewane drogi, wioski, miasta, pozamykane atrakcje turystyczne. Konsekwencja- ponad milion osób bez prądu, połamane i powyrywane z korzeniami całe połacie lasów oraz zniszczone dachy i zabudowania. Huragany uderzały jeden po drugim.... Harry, Ingrid, Joseph, Kristin...Masakra jakaś. Zapytałam Any czy my w ogóle będziemy mieli gdzie spać i czy wszystko w porządku. Odpowiedziała, że wszystko jest ok i możemy śmiało przyjeżdżać. Mieszkanie okazało się takie strasznie staroświeckie, jakby mieszkali tam wcześniej jej dziadkowie, co miało swój klimat. Czuliśmy się tam jak u babci na wakacjach. 

Peniche i Nazaré to dwa zupełnie różne oblicza oceanu, choć dzieli je zaledwie kilkadziesiąt kilometrów. To pierwsze przywitało nas surowością Atlantyku. To już nie była romantyczna Sintra ani bajkowe pałace. Tu wszystko pachniało solą, wiatrem i rybackim życiem. Miasto leży na skalistym półwyspie, niemal odciętym od lądu, jakby specjalnie wystawionym na próbę oceanu. Fale rozbijają się o klify z hukiem, a wiatr niesie krzyk mew i zapach świeżych ryb z portu. Peniche od wieków było miejscem ludzi morza: rybaków, żeglarzy, a później także surferów, którzy znaleźli tu jedne z najlepszych fal w Europie. Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że Peniche ma w sobie coś dzikiego i prawdziwego. Nie udaje niczego. To nie kurort z pocztówki, tylko miejsce, gdzie Atlantyk pokazuje swoją codzienną, szorstką naturę. Tak naprawdę byłam trochę zawiedziona tym miasteczkiem. Myślałam, że zobaczę jakieś fajne, stare zabudowania, ryneczek, cudne sklepiki. Nic z tych rzeczy. Miasteczko jest chłodne w odbiorze. Pospolite. Aż szkoda, że takie surowe, bo położone jest przepięknie i otoczone murami wielkiego fortu, ale nic poza tym. No ma też fantastyczne, wielkie, piaszczyste (i nie tylko, bo klifów jest tam od zarypania) plaże. Ale skoro nie jesteśmy surferami, to dla nas nuda. Szkoda, że wcześniej nie zobaczyłam, że 10 kilometrów od Peniche jest wyspa Belrenga Grande z fantastycznym fortem, ale teraz to już przepadło klepadło. Skupiliśmy się na Nazare i okolicach.


Klify w Peniche

zestaw Adama Słodowego do szybkiego naprawienia łodzi

i plaża piaszczysta. Wielka i rozległa. Łby urywało.


co nie przeszkadzało lokalnej młodzieży zażywać kąpieli wieczorową porą.

O ...młodzież zniknęła.


Rano po śniadaniu ruszyliśmy do Nazare-legendy oceanu. Po drodze mijaliśmy te powyrywane i połamane hektary lasów. Wyglądało to tak, jakby Godzilla się po nich przespacerowała wychodząc z Atlantyku na obchód. 

Nazare wyglądało na spokojnie, niemal senne miasteczko- jakaś karuzela, stragany z pamiątkami, kościół. Zrobiliśmy kilka fotek, patrząc w dół na olbrzymią piaszczystą plażę i zabudowania. Widok piękny, ale chyba nie o to nam chodziło. Ruszyliśmy w dół, w stronę Fortu świętego Michała, skąd można obserwować te majestatyczne fale. Tam zaczął się zupełnie inny świat. Wicher od Atlantyku powiedział nam "helloł" w mało elegancki sposób. Wiało tak strasznie, że aż mnie to rozśmieszyło. Dostałam głupawki lekkiej próbując ustać na nogach, podziwiając dzicz w wodzie. A to przecież i tak nie były te fale, które chciałam zobaczyć. Jakieś 5 metrowe maleństwa, a ja spodziewałam się fal trzy razy wyższych. No to zawsze jest loteria. Żeby trafić na te wielkie, naprawdę olbrzymie fale trzeba mieć szczęście, albo być mieszkańcem Portugalii i po prostu na nie czekać. Tak czy siak, jak napisała moja znajoma fanka Duran Duran po obejrzeniu filmiki, który jej wysłałam-

" widać, że pizga tam złem". I taka prawda.

Nazaré długo było zwyczajną rybacką miejscowością na portugalskim wybrzeżu. Spokojne łodzie, suszące się sieci, zapach oceanu i życie płynące w rytmie przypływów. Wszystko zmieniło się dopiero wtedy, gdy świat odkrył, co naprawdę dzieje się tutaj zimą.

To właśnie u wybrzeży Nazaré natura stworzyła jeden z najbardziej niezwykłych fenomenów oceanicznych na świecie. Pod powierzchnią Atlantyku znajduje się gigantyczny kanion — Nazaré Canyon — podwodna przepaść o długości ponad 200 kilometrów i głębokości sięgającej 5 kilometrów. To on działa jak naturalny wzmacniacz fal. Energia oceanu skupia się w jednym miejscu i nagle zwykły swell zamienia się w wodną ścianę wysokości kilkunastopiętrowego budynku.

Największe fale pojawiają się tu między listopadem a lutym. Właśnie wtedy Atlantyk pokazuje swoją surową, niemal pierwotną twarz. I właśnie dlatego polecieliśmy do Portugalii zimą, mając nadzieję na ten spektakl.

Świat oszalał na punkcie Nazaré w 2011 roku, gdy hawajski surfer Garrett McNamara popłynął na fali wysokiej na około 24 metry. Od tego momentu miejsce stało się mekką łowców gigantycznych fal. Kolejne rekordy tylko podkręcały legendę, w 2020 roku niemiecki surfer Sebastian Steudtner prawdopodobnie zmierzył się tu z falą przekraczającą 26 metrów (podobno z małym haczykiem)

Najlepszy widok na ten spektakl rozgrywa się właśnie przy Forte de São Miguel Arcanjo. Stojąc tam, ma się wrażenie, że ocean oddycha. Ale nie spodziewajcie się tam ciszy, bo huczy cały czas, a huk narasta z każdą rozbijającą się o brzeg falą. To jest żywioł w najbardziej prymitywnej, dzikiej odsłonie.

Co ciekawe, mieszkańcy Nazaré przez wieki bali się tego miejsca. Dla rybaków fale nie były atrakcją, lecz zagrożeniem. Dopiero współczesność zamieniła żywioł w widowisko, które co roku przyciąga fotografów, surferów i zwykłych podróżników szukających momentów, kiedy człowiek nagle uświadamia sobie własną małość wobec natury. No i mnie 😎

Bo Nazaré to nie tylko te morskie grzywacze. To spotkanie z siłą oceanu, taką, której nie da się sfotografować, sfilmować ani opisać. Można ją tylko poczuć. 🌊 Mam i filmiki i fotki, więc wiem co piszę. 



Niemal jak na Tytanicu :)

Ratunku.... ra tun ku....!



ale cudnie jest!!! Dwa kaptury na głowie.

Jeleń z Nazare autorstwa Holendra Adriana Reesa.


kocioł

Znak czasów. Jestem tego samego zdania.

takie tam miasteczko

to spokojniejsze oblicze Nazare z portem rybackim.

Jeszcze raz jeleń, który w mitologiach symbolizuje przewodnika pomiędzy światami. Dalej nie jesteś już turystą, tylko człowiekiem wobec żywiołu. Uważaj.

deski surferów w muzeum w forcie Św. Michała



taki klimat po drodze. Nie ma co inwestować. Przyjdzie huragan i zmiecie.


w dole po lewej Nazare- dzielnica mieszkalna i spokojna plaża i nasi jeszcze nie wyszarpani przez wicher.

słodkie mają te pamiątki




 Po dzikim Atlantyku, wichrach Nazaré po drodze do Peniche trafiliśmy do miejsca, które wyglądało jak dekoracja filmowa. Jakby ktoś stworzył średniowieczne miasteczko, ale usunął z niego błoto, zapachy, chaos i całą niewygodną prawdę o dawnych czasach. Z daleka na moje oko wyglądało jak Duloc ze Shreka i jak się okazało wcale się nie pomyliłam. Wysiedliśmy zobaczyć co jest zacz, czytając wcześniej, że miasto słynie z likieru wiśniowego i ma ciekawą historię. 

Óbidos nie powstało jako kurort ani przypadkowe miasteczko. Ono ma bardzo konkretną historię chociaż średnio romantyczną.

Już w czasach rzymskich istniała tu osada, później teren przejęli Maurowie, którzy wznieśli pierwsze fortyfikacje. W 1148 roku portugalski król Alfonso I odbił miasto podczas rekonkwisty i włączył je do młodego królestwa Portugalii.

Ale prawdziwa legenda zaczyna się trochę później.

W 1282 roku król Dinis I podarował Óbidos swojej żonie, królowej Izabeli Aragońskiej, jako prezent ślubny. Podobno ma status świętej ta królowa. Miała ciężki kawałek chleba z tym swoim starym. Łajdaczył się, wojował, i hulaczył. Ona święta, cnotliwa i dobroczynna, podczas gdy jej małżonek Dionizy, rozrabiaka i amator nieślubnych potomków, fundował średniowieczne reality show na własnym dworze. Ten Obidos to chyba za mała rekompensata za takie lumpowanie się, wiarołomność i łajdaczenie po kątach. No cóż, król może więcej. Tak czy siak zanim królowa Izabela zobaczyła z jakim łajdakiem będzie dzielić życie, dostała to fajne miasteczko w prezencie. Nie wiem, żeby nie fikała za bardzo? "Wiesz kochanie, będziesz miała ze mną ciężko, więc zamiast kwiatów od razu dam ci miasto. Będziesz miała na waciki" I tak narodziło się określenie "Vila das Rainhas"- miasto królowych.

Patrząc na historię Izabeli uświadomiłam sobie, że zdecydowanie nie mam predyspozycji do świętości. Żadne tłumaczenia nie wchodziłyby w grę. Bo z czego właściwie można się tłumaczyć? Z seryjnych zdrad? Z królewskiej rozwiązłości uprawianej z godną podziwu konsekwencją? Z traktowania wierności jak luźnej sugestii, a nie zobowiązania? Obawiam się, że zanim Dionizy zdążyłby powiedzieć „moja droga…”, miałby już spakowaną koronę, kuferek z insygniami i bilet w jedną stronę do dowolnej twierdzy oddalonej ode mnie o bezpieczną epokę. Kolacja pojednawcza również mogłaby się odbyć, choć nie jestem pewna, czy wyszedłby z niej równie pokrzepiony jak z kolejnych romansów. Grzyby bywają niezawodne....i cebulki kwiatowe. Można z tego ugotować naprawdę zacne danie, jadalne, chociaż tylko raz. Bo jeśli ktoś całe życie myli monarchię z przywilejem do wszystkiego, to cudów raczej nie należy oczekiwać. No, ale królowe musiały być święte. Ktoś przecież musiał utrzymywać porządek w notorycznym burdelu.

Przez następne stulecia kolejne portugalskie królowe otrzymywały Óbidos jako osobistą własność. Dochody z miasta szły bezpośrednio na ich utrzymanie. Można powiedzieć, że było to coś w rodzaju królewskiej pensji… tylko w wersji średniowiecznej. 

Gdy weszliśmy do miasteczka przywitała nas pani śpiewająca jakąś operową wersję Addagio Tobiaso Albinioniego. Bardzo lubię ten utwór, więc zrobiło się miło. Nad panią były przepiękne kafelkosz, więc tym bardziej uroczo. Miasteczko okazało się naprawdę śliczne, czyściutkie i nie naruszone cywilizacją. Nic, wszystko wyglądało jak za czasów tej całej Izabeli. Stare krzywe uliczki, malutkie pomalowane na błękitno domki, ułożone kaskadowo na wzgórzu, winorośl pamiętająca chyba same początki świata i te pierwsze, przypadkowe eksperymenty ludzi, którzy wpadli na pomysł tego trunku. Można powiedzieć, że patrząc na te powykrzywiane szczepy, czuło się jakby miasteczko wciąż nuciło w rytm pierwszych fermentacji – aromat owoców, słońce na murach i kamienne uliczki przypominały, że tu ludzie od zawsze wiedzieli, że trochę cierpliwości plus trochę natury = magia w kieliszku. Tutaj wprawdzie królował w sklepikach likier wiśniowy, ale cena zwaliła mnie z nóg. Sama sobie zrobię likier wiśniowy już w lipcu. Po co tyle zamieszania? Butelki całe, a nie naparstek za 5 Euro. No, ale z czegoś trzeba żyć i golić turystów. To co mnie najbardziej urzekło, to przępiękny, stylizowany sklepik z sardynkami w puszkach!!!! Wyglądał jak piętrowa księgarenka, ale zamiast woluminów, na półkach były przeróżne, kolorowe puszeczki. Wyglądało to naprawdę słodko, a równocześnie gustownie. 

Całe to miasteczko było otoczone wysokim, średniowiecznym murem, którym można było się przejść górą dookoła. My wybraliśmy mniej ekstremalny sposób zwiedzania. Mario za nic nie wszedłby na te mury, tym bardziej, że nie miały żadnego zabezpieczenia, ani nawet sznura, więc poszliśmy do końca, gdzie w zamkowej kaplicy znajdowała się księgarnia i przez bramę po lewej stronie, najwyższą uliczką też sobie obeszliśmy to miasteczko. Turystów brak. Pojedyncze sztuki.

Naprawdę warto było zajrzeć do Obidos, bo czas stanął tam w miejscu. Brakowało tylko dam w długich sukniach i rycerzy na pięknych rumakach. Po drodze w jednym ze sklepików jeszcze jedno skojarzenie z Duloc. Ktoś pamięta piosenkę, którą drewniane laleczki przywitały Osła i Shreka w tym mieście? Tutaj mnie też przywitała taka ekipa. 😹🎭. Ale to ja zaśpiewałam, aż się jakiś Azjata wystraszył😂😂😂

   

Pani w bramie prowadzącej do miasta śpiewająca Adaggio. Dosyć ładnie.





Siedzimy sobie z Fatmą tuż przy bramie

takie domeczki sprzed wieków

mur obronny


widok ogólny. Zero cywilizacji. Nawet jednej anteny ani telewizyjnej, ani komórkowej.



jak widać tłumów nie ma





pamiątkosz



Templariusz wielkości lorda Farquuuada

No i ten cudowny sklepik z sardynkami




a na suficie lądy odkryte, chociaż chyba nie do końca.

i księgarnia w kaplicy.


I na tym zakończę kolejny fragment o pięknej Portugalii. Będzie część trzecia i ostatnia, ale to za chwilę, a teraz tradycyjny akcent muzyczny. Addagio Albinioniego w wersji śpiewanej, chociaż nie przez panią w Obidos. Tutaj Lara Fabian, w naprawdę pięknej interpretacji. Tak sobie pomyślałam, że dedykuję tę piosenkę królowej Izabeli, żonie Dionizego, która zamiast miłości, szacunku i szczęścia dostała od życia Dyzia rozpustnika i całe jego hulacze życie, zmartwienia, upokorzenia i smutek. Święta kobieta. Papa....







piątek, 27 marca 2026

PORTUGALIA 2026- Lizbona, Sintra, Cabo Da Rocka


 


 

Byliśmy już w Portugalii, ale kto powiedział, że nie możemy być po raz drugi? Jakoś pod koniec roku poszukiwałam fajnych wiosennych kierunków na kilka dni i los tak chciał, że ta Portugalia po prostu wpadła w me ramiona. Za jakieś psie pieniądze, bo chyba 790 PLN od osoby w obie strony (na początku było po 720, ale Mario się zagapił, ale to już trudno) z Wrocławia do Lizbony. Ok, w stolicy Portugalii już byłam, ale zawsze marzyłam o Sintrze i jej cudownej Studni Inicjacji i pałacu Pene na szczycie jednego z najwyższych wzgórz. Chciałam też zobaczyć Prayę De Urse i fale z Nazare, nie wspominając o Porto, bo sporo dobrego słyszałam o tym mieście. To już poważny trip, ale od czego są wypożyczalnie samochodów? Najpierw namawiałam  swoją przyjaciółkę Ewę, żeby z nami poleciała, ale ona miała w planie Cypr, więc zapytałam znajomych kto chętny. Zgłosiła się Basia i moja najstarsza starowinka Fatma z Wojtkiem. Ok, ekipa już była.

Zakupiliśmy bilety, wynajęliśmy samochody (my elektryczny, na spróbowanie) i 25 lutego polecieliśmy w stronę Półwyspu Iberyjskiego. Na nasze nieszczęście leciała z nami także sześćdziesięcioosobowa pielgrzymka do Sanktuarium Matki Bożej w Fatimie, z jej niekwestionowanym przywódcą – wujkiem Wieśkiem, czy tam Wackiem.(@#%$!&*%%%)

Wujek, gdy tylko jego ekipa rozlokowała się na pokładzie samolotu, natychmiast rozdysponował tzw. małpki, czyli kieszonkowe dawki odwagi w płynie, i zaczęła się jazda bez trzymanki. O ile ja siedziałam gdzieś na dalekich rubieżach od epicentrum tej balangi, to reszta naszej ekipy niestety trafiła w sam środek cyklonu – a tam się działo.

Wujek, a chyba każdy ma takiego egzemplarza w rodzinie, dał popis swoich umiejętności nie tylko przywódczych, ale także estradowych. Dowcip gonił dowcip, niestety każdy gorszy od poprzedniego. Były żarty, przy których nawet siedzenia w samolocie próbowały się złożyć ze wstydu, były głośne komentarze, było klepanie po plecach i ten szczególny rodzaj rubasznej wesołości, który pojawia się po trzeciej małpce, a znika dopiero razem z godnością.

Patrzyłam na to z pewnym zdumieniem, bo pielgrzymka do Fatimy kojarzyła mi się raczej z modlitwą i zadumą, a nie z objazdowym festiwalem wujka Wacka i jego kabaretu podwyższonego promila. W tamtej chwili pomyślałam, że jeśli droga do Sanktuarium Matki Bożej w Fatimie zaczyna się od takiej rozgrzewki, to sama jestem bardzo ciekawa, co dopiero będzie się dziać na miejscu. O ile ja miałam względny spokój, mój Mario był godzien podziwiać rów mariański wujka, czyli połowę dupy w za małych gaciach, zwany potocznie dekoltem hydraulika, gdy nachylał się po kolejną małpkę do torby pełnej niespodzianek.

Pomyślałam wtedy, że jeśli wujek Wacek dotrze do Fatimy w takim stanie duchowego uniesienia, to objawienia mogą się pojawić szybciej, niż planowano. A o Fatimie, chociaż nieplanowanej w moim przypadku na tym tripie, jeszcze napiszę. 

Tak czy siak pielgrzymi zryli większości z nas berety, a już chyba najbardziej stewardom, którzy byli naprawdę wkurzeni polską religijnością. Tak sobie jeszcze pomyślałam, że my w ogóle mamy jakiś fart do takich pijackich ekip w samolocie, ale nigdy nie było to 60 osób. To naprawdę była kumulacja. Nasza ekipa modliła się do Matki Boskiej Fatimskiej, żeby aby z nimi nie wracać tym samym samolotem do Polski. Na szczęście ich pielgrzymka była krótsza od naszej o dwa dni. 


W Lizbonie wylądowaliśmy punktualnie, a trzeba pamiętać, że jest tam godzinę wcześniej niż u nas. Mieliśmy czas, żeby wynająć auto i zrobić zakupy w portugalskiej Bidronce, czyli Pingo Doce, matce naszej sieci dyskontów. Mieszkanie wynajęliśmy tradycyjnie w Airbnb w podlizbońskiej dzielnicy Povoa. Duże, ładne, słoneczne oddalone od dworca kolejowego, z którego następnego dnia rozpoczęliśmy zwiedzanie o jakieś 100 metrów. Tuż za nim  znajdowała się właśnie portugalska Biedronka. Pierwsze zakupy na "głodnego", więc nakupiliśmy portugalskich dóbr narodowych, a ponieważ najbliższa knajpka była nabita lokalsami po brzegi, kupiliśmy grillowane kurczaki w okolicznej grillowni i kolację, wprawdzie bez blasku świec, ale za to z wyśmienitym winem spędziliśmy w mieszkaniu. 

Ja nie wiem co ci Portugalczycy mają z tym prądem. Poprzednim razem był z nim cyrk, teraz tak samo. Nie było prądu albo w lodówce, albo w kuchence, albo w telewizorze. Wywalało tzw. różnicówkę i arrivederci, a raczej adeus  wynalazkom XX wieku. Zgłosiłam to właścicielowi. Przyszedł, popatrzył i poszedł. A Basia zrobiła jajecznicę na śniadanie w piekarniku. Bardzo smaczną zresztą. Polacy zawsze sobie poradzą. A co do lokalnych frykasów, to bez szaleństw. Coś w rodzaju pasztetowej z papieru toaletowego, średnio smaczne, ale za ro tłuste-moim zdaniem niejadalne, zostawiliśmy na czas totalnego głodu i braku jakiejkolwiek gotówki. Za to sardynki w oleju super. I tylko za 99 centów w promocji Biedronki 😝

Rano ogarnęliśmy rewiry i ruszyliśmy praktycznie bez planu na miasto, kupując na dworcu całodniowy bilet uprawniający do jazdy wszystkim, czym dysponowała Lizbona. Moim zdaniem ten rozkłąd jazdy, który tam obowiązywał był w ogóle nie czytelny. Nie wiedzieliśmy ani skąd (który peron), ani w którą stronę jechać, a nie chcieliśmy jeździć samochodem. Podpytaliśmy gdzie się kierować i o której na Santa Anastasię lokalsów i jakoś się udało. Wylądowaliśmy na końcowej stacji w Lizbonie, gdzie do centrum, wprawdzie po stromych ulicach i cały czas pod górę, było naprawdę niedaleko He, he, he....





tradycyjny patron naszych wypraw- Antonio, oczywiście na kafelkosz.

Portugalia jest jedynym krajem, gdzie ich pamiątki są tak cudne, że nie szkoda mi było na to kasy. Nakupowałam masę kafelkosz i ściereczki cudne.

siedzę sobie na ławeczce, na balkoniku pani wiesza pranie, a poniżej takie psiaki.


Najsłynniejszy tramwaj numer 28. Trochę żółty, a trochę Coca Cola.

takie uroki lizbońskich uliczek

Przejechaliśmy się tym antykiem. Wytrzepało nas w każdą stronę. Mało przyjemna podróż.







widok zza tylnej szyby tramwaju

Kościoły, jest w ich w tym mieście sporo. Większość płatna.

w słońcu było jakieś 23-24 stopnie.


za nami zamek Castelo de São Jorge oraz Jezus, niemalże taki jak w Rio.




Przy kościele świętego Antoniego taka ściana. Mario i Tomek Ostry mają w ty miejscu zdjęcie zrobione w 2018 roku. Wtedy ściana była w kwiatki.

tradycyjne kobaltowe kafelkosz zwane azulejos.


Główny ołtarz w katedrze Se de Lisboa. Byłam tam już kilka lat temu, więc odpuściłam, a kasę wydałam na obrazki z widokami Lizbony.

Focie robiła Fatma i Basia, ale nie wiem które czyje.

Katedra

tradycyjnie zbieramy z Mariem monetos. Dostałam od Fatmy nawet 50 groszy...Od czegoś trzeba zacząć.



Praca do Comercio. Kiedyś stał tu zamek królewski, ale po wielkim trzęsieniu ziemi w 1755 roku zniknął z powierzchni ziemi. Na pomniku król Jose I.



chwila odpoczynku na nabrzeżu przy Placu Do Comercio. Plac jest tak olbrzymi, że człowiek ma wrażenie, jakby Lizbona zrobiła sobie wielki salon nad rzeką.






Trochę się już złaziliśmy po tych górkach i dołkach, więc przyszła pora na jakiś obiadosz. Mario jakimś magicznym sposobem znalazł knajpkę, w której jedliśmy razem z Ostrymi i naszymi dzieciakami w 2018 roku. Wtedy byliśmy zadowoleni, a knajpka nadal istnieje. Ruszyliśmy w jej kierunku na jakieś sardynki i inne portugalskie frykasy. Zapomniałam dodać, ze zanim wyjechaliśmy z Podovy, weszłam do lokalnej restauracji, do której nie mogliśmy się wbić poprzedniego wieczora i zamówiłam stolik na kolację na godzinę 19-tą. 

Dowłóczyliśmy się znowu na lizbońskie stromizmy i na farcie udało nam się zająć maleńkie stoliczki w tej miniaturowej knajpeczce. Większość zamówiła sardynki z pieczonymi ziemniaczkami, ale ja postawiłam na dorsza w śmietanie. Był wyśmienity. W konsystencji jak paprykarz szczeciński, tylko bez papryki. Delikatna ryba z ryżem i ze śmietaną, polana octem balsamico. Rewelka. Do tego zamówiłam domowe wino białe...z kartonu jak się okazało, ale ich wino z kartonu jest naprawdę wyśmienite. Gdy już się nażarliśmy po kokardy, okazało się, że nie mamy już czasu na jakieś dalsze zwiedzanie, a chcieliśmy jeszcze zajrzeć do dzielnicy Belem, gdzie stoi pomnik odkrywców Padrão dos Descobrimentos i Belem Tower, ale zamiast tego pojechaliśmy metrem do pięknego parku, gdzie przy darciu ryja przez papugi, Basia i Wojtek padli na trawę jak szmaciane lalki. Park rzeczywiście uroczy, chociaż dzielnicy Belem nam nie zastąpił. Metrem dojechaliśmy na stację, gdzie pociągiem wróciliśmy do Podovy. Okazało się, że z powrotem podróż zajęła nam dużo mniej czasu i przejechaliśmy tylko 1 przystanek. Uczymy się Lizbony i jej rozwiązań komunikacyjnych. Umyliśmy rączki jak grzeczni turyści i ruszyliśmy do restauracji na rezerwowaną kolację. Na stoliku już przystawki- iberyjska szynka długo dojrzewająca, bułeczki, masełko, jakieś krokieciki trudno określić z czego, ale bardzo smaczne. Pani przyniosła nam menu, gdzie wszystko było po portugalsku, a to brzmiało mniej więcej tak jak język węgierski. Użyliśmy translatora, który między innymi zaraportował nam, że w menu jest dziecko z piekarnika i grillowane jaszczurki. Bardzo ciekawe to menu. Po zgłębieniu sprawy, okazało się, że to nie dziecko z piekarnika, tylko danie z piekarnika dla dzieci... Lekka ulga. Zamówiłam te jaszczurki, bo co tam. Nigdy nie jadłam, ale Fatma, Wojtek i Basia zamówili portugalski specjał o nazwie Francuzeczka. Gdy pani to przyniosła na stół, moje jaszczurki okazały się grillowanymi plastrami wieprzowiny z pieczonymi ziemniaczkami, a Francuzeczka dwoma kawałami (chyba) zapiekanego chleba przełożonego różnymi kawałkami mięsa (w tym parówkami) z jajkiem sadzonym, to obleczone stopionym, żółtym serem, na to jeszcze jedno jajko sadzone i to wszystko pływające w zawiesistym sosie. No..... nie do zjedzenia. Zwłaszcza, że byliśmy najedzeni po Lizbonie. Nażarliśmy się już naprawdę po uszy. Na szczęście Mario zapobiegliwie nic nie zamówił, bo zna mnie już jak zły szeląg. Dojadł te jaszczurki na szczęście, ale reszta męczyła się okrutnie. Na koniec poprosiłam panią o pudełko i zabraliśmy resztę na wynos. Basia dojadła swoją Francuzeczkę na śniadanie. A tuż po nim zwinęliśmy mandżur i ruszyliśmy w stronę Sintry, chociaż po cudownej pogodzie dzień wcześniej nie został nawet ślad.

 

Restauracyjka




Francuzeczka..nadjedzona

i Sardynkosz...

Sintra przywitała nas mgłą. Nie taką zwykłą, przelotną, tylko gęstą i miękką, jakby ktoś przykrył góry wilgotnym kocem i zapomniał go zdjąć. Wjechaliśmy w nią powoli, mijając olbrzymie, powichrowane i omszałe drzewa, które wyglądały, jakby rosły tu od zawsze i widziały naprawdę sporo.

Już po chwili było jasne, że to nie jest zwykłe miasteczko. To raczej miejsce, które od wieków przyciągało ludzi szukających czegoś więcej niż tylko ładnych widoków.

Sintra była zamieszkana jeszcze w czasach Maurów, którzy zbudowali tu swoją twierdzę wysoko w górach. Podobno jednak już wcześniej uznawano te wzgórza za miejsce szczególne – pełne energii, tajemnicy i czegoś, czego nie da się do końca nazwać. Jedna z legend mówi, że w tych lasach mieszkają duchy i nimfy, które pilnują równowagi między światem ludzi a czymś… starszym. I szczerze mówiąc, kiedy patrzy się na te drzewa znikające we mgle, łatwo w to uwierzyć.

Nic więc dziwnego, że później portugalscy królowie zaczęli budować tu swoje letnie rezydencje, a arystokracja poszła ich śladem. Każdy chciał mieć kawałek tej dziwnej, wilgotnej magii dla siebie. Była dla nich po upalnym, miejskim powietrzu Lizbony jak klimatyzowany kurort bez opłat za prąd.

My tymczasem próbowaliśmy znaleźć miejsce do zaparkowania.

I to okazało się zadaniem niemal równie mistycznym jak same legendy o Sintrze.

Bo choć był to jeszcze czas przed sezonem, objechaliśmy miasteczko z góry na dół, krążąc między stromymi uliczkami i zakrętami, które wyglądały, jakby ktoś rysował je po kilku kieliszkach wina. W końcu zjechaliśmy na jakieś zwykłe osiedle betonowych domów, jakich wiele w Europie i dopiero stamtąd ruszyliśmy na piechotę pod górkę. Oczywiście nie było mowy o dojściu do pałacu Pena na nogach. Na szczęście po całej Sintrze zapierdzielają (tak, tak na pełnej petardzie) meleksy. Zatrzymaliśmy jeden i po ustaleniu ceny przesympatyczny chłopak o imieniu Luca zawiózł nas na szczyt góry, obiecując po nas przyjechać, gdy skończymy zwiedzanie. Luca był z Brazylii i naprawdę był bardzo miłym i uprzejmym Canarinhos. Na miejscu jeszcze nas poinstruował jak kupić bilet i gdzie. Zasięg na tej górze był kiepski, ale jakoś się udało. 

Bardzo żałowałam, że pogoda się tak strasznie obkiepściła i zamiast widoków, które mogłyby nas pozamiatać, byliśmy w szarym puchu chmur otoczeni olbrzymimi, omszałymi drzewami. Z Basią odmówiłyśmy jakieś mantry do Antoniego, żeby rozpędził te chmury, co właściwie się trochę udało, ale w międzyczasie zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie. Zupełnie niedaleko bramy wejściowej znajduje się pierwszy z punktów widokowych. Zobaczyłam z niego nic. 

Do pałacu Pena Palace idzie się w dół, co jest nieco mylące, dopiero w połowie drogi znowu zaczynamy wspinać się pod górę. Droga jest brukowana i bardzo śliska.

Najpierw z mgły zaczęły wyłaniać się mury – surowe, szare, jakby pilnowały  dostępu do czegoś bardzo cennego. Przez chwilę wyglądało to jak zwykła twierdza, trochę groźna, trochę nieprzystępna.

A potem, zupełnie nagle, zza tej szarości wystrzeliły kolory.

Żółte ściany budowli wynurzyły się z mgieł, jakby ktoś przykleił fragment bajki o cytrynowym pałacu do środka tego wilgotnego, zielonego świata. Kompletnie nie na miejscu i właśnie dlatego tak bardzo na miejscu. Wyglądało to rzeczywiście niesamowicie. Ruszyliśmy schodami do góry, by znaleźć się na przedzamczu, tuż obok zwodzonego mostu. Kolejka była spora, chociaż i tak pewnie w sezonie to tam palca nie można nawet wcisnąć. Na głównym dziedzińcu przywitał nas przyklejony do ściany olbrzymi Tryton, usadowiony na olbrzymich muszlach. W ciągu 15 minut znaleźliśmy się na pierwszych krużgankach i w pałacowych komnatach pełnych stareńkich rzeczy sprzed wieków. Bardzo ładne wnętrza, chociaż trochę ciemne, ale może to wina tej mglistej aury? Sama nie wiem. Pałac generalnie bardzo piękny. Sala balowa, sala myśliwska, jakieś buduary, gabinety, łazienka z komiczą wanienką, chyba dla hobbita. Jakoś się porozłaziliśmy i zostałam sama przez chwilę. Postanowiłam zobaczyć kolejny dziedziniec, gdzie szara, nieprzenikniona mgła i porywisty wiatr uwiły sobie gniazdko, a właściwie róże wiatrów. Próbowałam obejść dookoła wieżę zamkową w kolorze czerwonego wina, ale było tak wilgotno i tak wiało, że się autentycznie przestraszyłam, że wyląduje w jakiejś przepaści i tyle mnie widzieli. Murek był niski. Weszłam do środka tej wieży, a w środku trafiłam na kaplicę – jedną z nielicznych rzeczy, które pamiętają czasy sprzed tej całej tej bajkowej fantazji. Cicha, chłodna i trochę wyjęta z innego świata, jakby przypominała, że zanim ktoś zaczął tu puszczać cugle wyobraźni, było tu po prostu miejsce modlitwy. Kaplica powstała na miejscu starego klasztoru hieronimitów z XV wieku. Przetrwała trzęsienie ziemi w 1755 roku, a kiedy król Ferdinand II budował pałac, zachował kaplice i wkomponował ją w całość. W środku znajduje się bardzo charakterystyczny ołtarz z alabastru z misternymi detalami- trochę gotyk, a trochę mauretański styl, czyli po prostu portugalski, zdobiony na bogato. Spotkaliśmy się znowu wszyscy na przedzamczu, żeby po krótkiej przerwie ruszyć do głównej, w moim odczuciu atrakcji Sintry, czyli pałacu Quinta da Regaleira

Punkt widokowy, tradycyjnie z krzyżem, no bo z czym innym? Mgłę widzę, widzę mgłę!


cytrynowy pałac

jak z horroru


Tryton na głównym dziedzińcu


maszkaronek przy schodach

pałacowa kuchnia w miedzi.

no tam to tak wiało....

pałacowa kaplica w środku






 
marzenia się spełniają.


księżniczki???Ależ skądże...japońskie, chociaż polskie turystki.

Tryton w pełnej krasie. Jak dla mnie trochę grecki on jest. Taki Pan.


Przed wejściem do pałacu


pałacowe krużganki w kafelkosz... śmiałam się, że z outletu te kafelkosz, bo każdy z innej parafii

cytrynowy pałac raz jeszcze.

i wieża w kolorze wina, a w niej kaplica pałacowa.

O jeszcze sala balowa

i łazieneczka z tą śmieszną wanną

detal na bramie pałacowej


i park.... jak z filmu grozy.


Po wyjściu z terenu parku zadzwoniliśmy po naszego Lukę, ale wysłał nam kolegę, który za umówioną kwotę zjechał z nami na dół, skąd mieliśmy o własnych siłach dojść do kolejnej atrakcji Sintry…

Quinta De Ragileira to nie jest pałac. To jest zagadka. Miejsce, w którym ktoś bardzo bogaty postanowił zbudować sobie własny świat pełen symboli, tajnych przejść i pytań bez odpowiedzi.

Doszliśmy tam znowu uliczkami pod górkę, pełnymi maleńkich sklepików i kawiarenek. A sam pałac zobaczyliśmy już z daleka.

Fundatorem tego tajemniczego projektu był António Augusto Carvalho Monteiro. Facet był jednym z najbogatszych ludzi w Portugalii. Miał fortunę, którą zdobył w Brazylii (kawa, kamienie szlachetne itd.), więc dla niego budowa takiej posiadłości to nie był jakiś domek z parkiem, tylko projekt życia.

Ile to mogło kosztować? Historycy szacują, że były to ogromne wydatki jak na początek XX wieku. W dzisiejszych czasach byłyby to miliony euro, biorąc pod uwagę skalę i detale oraz wielkość parku i jego atrakcji – ogrodów jak labirynt, ukrytych przejść i tuneli, grot, wieżyczek, wodospadów, tarasów i słynnej studni inicjacji, czyli symbolicznego „zejścia w głąb siebie”.

Facet miał hopla na punkcie alchemii, masonerii, templariuszy i symboliki życia, śmierci i odrodzenia. I to wszystko było widać już z zewnątrz.

Cały teren jest niczym droga wtajemniczenia: wejście to świat materialny. Nawet bardzo. Wchodzi się przez przecudnej urody stajenkę. Czyli zaczynamy od rzeczy przyziemnych i gospodarczych.
  Ogrody  w tym parku są niczym chaos życia. Dobrze, że są oznakowane, bo chaos dla zwykłego śmiertelnika oznaczałby godziny błąkania się po terenie jak osoba ociemniała bez psa przewodnika.
  Tunele podobno oznaczają podświadomość. Akurat te w parku są pokrzywione, wąskie, dosyć niskie i niezbyt dopracowane. To na pewno nie jest przypadek, że wyglądają właśnie tak, a nie inaczej.
Studnia inicjacji to symboliczna śmierć. Być może właśnie dlatego, gdy tam weszłam częściej patrzyłam do góry niż na dół. Ale o tym za chwilę.
 No i wyjście z ciemnych tuneli ku światłu to odrodzenie. Wychodzi się w stronę zieleni, gdzie z góry lecą kaskady zimnej, czystej wody. Można symbolicznie zażyć ablucji, jeżeli ktoś ma na to ochotę.

To jest właściwie alchemiczna autobiografia.

Różnica w zachowaniu pomiędzy kobietami w naszej grupie, a facetami była zasadnicza. Oni siedli na ławce. My wpadłyśmy tam zachwycone. Wszystko chciałyśmy zobaczyć, dotknąć, wleźć, powąchać... Wszystko- wszędzie-naraz. Przynajmniej mnie ten teren zachwycił. Właściwie od wielu już lat chciałam zobaczyć to miejsce. Sporo o nim słyszałam, przeglądałam i czytałam o szalonym właścicielu. Po raz kolejny podobnie jak w przypadku Świątyni Hatszepsut w Egipcie, Katedry La Sagrada w Barcelonie, czy Lwiej Skały na Sri Lance cieszyłam się jak dziecko w krainie marzeń. Endorfiny robiły swoje. Gdy zobaczyłam wejście do wieży biegnącej w dół, o której marzyłam miesiącami, to aż chodziłam cała od środka. 

Spiralna studnia nigdy nie służyła do zbierania i magazynowania wody, chociaż od połowy schodów, wprost ze ściany płynęła strużka wody, gromadząc się na dnie. 9 etapów niczym 9 poziomów piekła (odniesienie do Dantego o Boskiej Komedii) tworzą spiralę jak w świątyniach Templariuszy. To także 9 stopni poznania w mistyce oraz 9 miesięcy ciąży i ponowne narodziny. W tradycjach inicjacyjnych schodzisz pod ziemię symbolizującą zejście do podświadomości, śmierci ego i wejścia do łona ziemi.
Zejście prowadzi w lewo, czyli zgodnie z symbolem drogi wewnętrznej. Nigdy nie wrócisz tą samą drogą.Ta studnia to po prostu metafora grobu. Patrzyłam na to z rozdziawioną buzią, chociaż brakowało mi w niszach pomiędzy łukami jakichś rzeź lub figur, które strzegłyby dodatkowo tego zejścia. Zimno, wilgotno, omszałe ściany i kapiąca w dól woda. Atmosfera znowu jak z horroru. Jak już wspominałam schodząc w dół częściej patrzyłam do góry niż na dno... Żałowałam świata, który tam zostawiłam? Być może. Czasami się zastanawiam jak to będzie, gdy śmierć zapuka do mych drzwi? Grzecznie pójdę z nią pod rączkę, nie oglądając się za siebie, czy raczej będę walczyć do ostatniego tchu i nie dam się zabrać? To zależy od wielu czynników, ale na dzień dzisiejszy jestem bardziej ciekawa, niż przerażona tą perspektywą. A zegar tyka 💀
Legenda mówi, że w tej studni odbywały się rytuały masońskie lub quasi-templariuszowskie inicjacje. Za dużo osób to tam się nie mieści, ale chyba nie o ilość tutaj chodzi, a o przejście próby strachu, samotności, dezorientacji, ciemności i konfrontacji z samym sobą.

Dowodów brak. Ale… projekt jest zbyt precyzyjny, żeby był tylko dekoracją.

Monteiro był absolutnie zafascynowany symboliką templariuszy. Dlatego w Regaleirze znajdziesz nie tylko ich krzyże, ale też róże różokrzyżowców, symbole masonerii, motywy alchemiczne i znaki astrologiczne. To jest jak tajemnicza księga, która musisz odkryć sam. Niestety w naszym przypadku czas był zabójcą poszukiwań. Tego dnia mieliśmy jeszcze zahaczyć o plażę Niedźwiedzią, oraz Cabo Da Rocka, czyli najbardziej wysunięty na zachód punkt w Europie. 

Po wyjściu z tej nieziemskiej studni ruszyliśmy zwiedzić pałac, chociaż na tle parku, nie reprezentował się już tak zjawiskowo. Jasne, że jest ładny i zjawiskowy, także w środku, ale czy ja wiem? Szału nie ma. Byłam w piękniejszych i bardziej zachwycających pałacach. Ruszyliśmy w stronę naszych samochodów, a to naprawdę blisko nie było. 



Tryptyk na tle wodospadu płynącego z tajemniczego ogrodu.


Myślę, że sąsiadki siedząc w oknach na przeciwko siebie mogą spokojnie sobie plotkować o turystach z całego świata.


Pod górę, dlaczego to znowu jest pod górę?


Oprócz stajenki z konikami  mieszkały tam tez krówki

i kózki....

Z Basią i Betty. Chłopy siedzą na dole na ławce.

Z Basią na wieżyczce.



Turystki specjalnej troski....

pod nami wodospad

i w końcu ta nieziemska studnia...














Patrzę w górę... jeszcze.




wyjście z tunelu


Oko opatrzności nad wejściem do pałacowej kaplicy. Zanim wejdziesz jesteś widziany, aby po wejściu zobaczyć więcej.
Wnętrze kaplicy. Podobno to ona równoważy chaos ogrodów i studnię inicjacji. Krzyże? No jasne, że są, bo to kaplica, ale jakie?




Jest tam jeszcze jedna studnia, ale ta jest słaba, prymitywna, zbudowana z tego, co natura podrzuciła. Można dojść podziemnymi tunelami. 















Ruszyliśmy w stronę samochodów a to, jak już wspominałam blisko nie było. Ale miasteczko jest rzeczywiście przecudnej urody, więc spacer po nim to była prawdziwa przyjemność. Na deptaku rzeźby artystów z całego świata, czyściutko, zielono. Naprawdę bajka. 



Plakat w sklepiku.






a tutaj jakby brytyjsko się zrobiło. 


Zapakowaliśmy tyłki do samochodów i ruszyliśmy w stronę wybrzeża. Kurczę miało się już ku zachodowi, a my jechaliśmy do Peniche- małego miasteczka na trochę większym półwyspie ponad 100 kilometrów dalej na północ.. Na Cabo Da Rocka wjechaliśmy na sam zachód słońca. Ale po wyjściu z samochodów dostaliśmy żwirem po ryju... dosłownie. Wiał tam taki wicher od Atlantyku, że zamiatało nami jak szmacianymi lalkami. Musiałam założyć okulary przeciwsłoneczne, żeby cokolwiek widzieć i nie zostać oślepiona tymi kamieniami. Strasznie wiało, ale widoki przecudne, zwłaszcza po stronie prawej. Tam obok jest ta moja plaża Niedźwiedzia, ale jak się okazało, że trzeba dojść jeszcze kilometr, a wieje, a ciemno, a zimno, a głodni, a dupa jasiu karuzela, to w końcu nie poszliśmy. Strasznie tego żałuję, bo ta plaża była na mojej podstawowej liście do zobaczenia. No i trudno. Może jeszcze kiedyś? Zobaczymy. 






Głowy nam wyrywa









Na koniec jeszcze dwa filmiki z tego przylądka. 10 w skali Beauforta... mogło tak być. Ocean Atlantycki to nie jest jakiś tam sobie akwenik, w którym mogą się pluskać turyści. Wzbudza respekt i przynajmniej w moim odczuciu zachwyt. Jestem niezmiernie oczarowana, chociaż wolę Ocean Indyjski. Skradł moje serce na zawsze. Przed Atlantykiem trzeba się pokłonić i oddać królowi to co królewskie, bo on nie daruje głupoty ani lekkomyślności.  

I tak skończyła się pierwsza część naszego tripu po Portugalii. Następnym razem będzie o Peniche, Nazare i jeszcze innych pięknych miejscach. 

Na koniec jeszcze obowiązkowa muzyka. Ta znalazła mnie sama. Pisałam tego posta w rytm tej kapeli, którą wyszukał dla mnie algorytm. Czasami się zastanawiam, jak to jest możliwe, że gdy coś piszę, gdzieś z kosmosu znajduje mnie taki fantastyczny projekt. Bardzo mi się podoba. BARDZO!!!!!