czwartek, 14 maja 2026

Portugalia 2026- Tamar, Fatima, Castelo De Abrantes, Porto i Braga. Część I.


 Zasiadłam do tego posta 5 kwietnia. Dzisiaj jest 7 maja i nie ma ani linijki, oprócz plakatu z Porto, bo..... bo oczywiście miałam genialny pomysł na rozpoczęcie remontu w chacie. Długo się za niego zbieraliśmy. Miała pójść tylko kuchnia, ale jak ruszyliśmy, to poszła lawina i nie dało się zatrzymać tej kuli śniegowej. Jestem umordowana i na ostatnich nogach. Na szczęście mam kilka dni urlopu, więc coś tram podgoniłam, ale końca i tak nie widać. Chociaż może widać? Póki co, zasiadłam i rozpamiętuję posta, bo czas jest wielki. Za chwilę zmysły prysną.

Ok, wyjechaliśmy z Peniche w niedziele rano z myślą, że teraz kolej na Templariuszy w Tomar. Byłam ich bardzo ciekawa, bo jak większość mojego pokolenia wychowałam się na Panu Samochodziku. Oczywiście znam pokrótce historię Templariuszy i pomysł Filipa Pięknego na zdobycie ich mamony, oraz datę 13 w piątek (tak, to stąd jest ta pechowa data z roku 1307), ale od początku.

 W Portugalii zakon, który zginął przez kaprys jednego władcy w Europie, od ponad 150 lat miał się bardzo dobrze.. .W średniowieczu Portugalia dopiero powstawała i pilnie potrzebowała ludzi od zadań specjalnych. Na scenę wchodzą Templariusze nie tylko mnisi, ale przede wszystkim rycerze, bankierzy i deweloperzy w jednym. Król dał im ziemię, a oni w zamian bronili granicy przed Maurami, budowali zamki i ogarniali państwo lepiej niż niejeden minister infrastruktury.

Ich główną bazą zostało Tomar. W praktyce: templariusze dostali całe miasto i powiedzieli „to teraz my tu urządzimy cywilizację, a znamy się na tym wyśmienicie”.

W międzyczasie powstał ten pomysł Filipa na szybką kasę braciszków i zrobiło się gorąco w Europie, a zwłaszcza we Francji. Jak już wspomniałam 13 października 1307 roku król Francji Filip IV Piękny kazał jednocześnie aresztować templariuszy w całym kraju. Oficjalnie chodziło o herezję, nieoficjalnie o pieniądze i długi korony. Zakon rozwiązano, a rycerzy zaczęto palić na stosach. I tu Portugalia zrobiła genialny numer: zamiast ich likwidować, przemianowała zakon Templariuszy na Zakon Chrystusa. Ci sami ludzie, te same zamki, tylko nowe logo.

I nagle dawni Templariusze przestali walczyć w Ziemi Świętej, a zaczęli finansować statki. Zobaczyli potencjał w oceanie, a przecież mieli do niego na rzut kamieniem. To właśnie z ich pieniędzy ruszyły wyprawy odkrywców, które otworzyły Portugalii drogę do Indii, Brazylii i połowy świata. Krucjata mieczem zamieniła się w krucjatę żaglem.

A Tomar? Tomar na zdjęciach wyglądał zjawiskowo. Koniecznie musieliśmy to zobaczyć.

Jednak po drodze była Fatima. Nie bardzo chciałam tam wjeżdżać, ale ostatecznie stwierdziłam, że właściwie skoro już tu jestem, to może napijemy się kawy.

Po drodze przejrzałam sobie informacje dotyczące objawień w tym miejscu i zaczęłam się zastanawiać, jak to jest, że tego typu wizje najczęściej dotyczą osób ubogich, niepiśmiennych, często dzieci. Nie wydaje mi się, żeby ktoś to sobie po prostu wymyślił, ale równie trudno uwierzyć, że takie historie powstają w próżni, bez wpływu otoczenia, sugestii czy emocji całej społeczności. Zdecydowanie bardziej zainteresowało mnie samo zjawisko, niż miejsce, bo co mi po Fatimie, skoro nie ma już świadków tamtych wydarzeń?

W mojej głowie pojawiło się pytanie, które intryguje mnie przy każdym takim przypadku: gdzie kończy się doświadczenie, a zaczyna interpretacja tego doświadczenia? Co naprawdę widziały te dzieciaki?

Trójka pasterzy z okolic Fatimy: Łucja dos Santos, Francisco Marto i Hiacynta Marto zaczęli opowiadać o spotkaniach z „obcą osobą”. Świetlistą, w bieli, bez cienia, bardziej obecnością niż postacią. Mówiła bez słów, o świecie, który „ma się zmienić”(hologram?)

Dzieci nie budowały narracji. Nie interpretowały. Powtarzały obrazy: światło, spokój, powracające wizyty. Reszta, ta cała religijna otoczka, tajemnice i tajemnice tajemnic przyszła później, już z zewnątrz.

"Wygląda jak bardzo ładna lalka” – tak mówiła o postaci kobiety w wywiadzie dla gazety „O Seculo” Łucja. Z protokołu znalezionego w parafii dowiadujemy się dodatkowo, że według niej "Matka Boska" miała „czarne oczy i piękną twarz, piękniejszą niż inne kobiety”. Kuzyni Łucji zgadzali się z nią w tej kwestii. Zgodnie z pierwszą relacją, dziewczynka miała powiedzieć, że widziana przez nie postać była ubrana na biało. Jej suknia była biało-złota, krótka, tj. nie sięgała jej do stóp. Jej płaszcz nie był też wcale złoty, ale wyglądał jak peleryna, która spływała z jej głowy. Miała ona złoty wierzch i spód oraz dwa lub trzy sznurki w okolicach ramion. Nie miała wstążek ani pasa. Łucji zdawało się także, że istota ma na sobie białe rajstopy, nie zaś złote, ale nie była tego do końca pewna, przez większość czasu wpatrując się w twarz „Pani”. To opis percepcyjny małej dziewczynki. Moim zdaniem bardzo ciekawy. Pierwszy opis Łucji nie przypomina objawienia znanego z obrazów kościelnych. Bardziej dziecko próbuje opisać coś, co wymyka się językowi, niż relacjonuje gotową ikonę. Warto się nad tym zastanowić, zamiast tylko ślepo wierzyć w ikonografię narzuconą przez Kościół.  

czy tak wyglądała pani objawiona?


Portugalia była wtedy krajem napiętym, świeżo po rewolucji, mocno antyklerykalnym, stojącym na granicy wielkich zmian cywilizacyjnych. W tym kontekście historia trojga wiejskich dzieci była początkowo traktowana jak lokalna ciekawostka, nie żadne objawienie.

A potem przyszedł 13 października 1917 roku. Dzieci powiedziały, że tego dnia okaże się znak na niebie, coś co każdy zobaczy.

Tzw. „cud słońca” obserwowały dziesiątki tysięcy osób. Stali w deszczu i błocie, przemoczeni, czekając na zapowiedziane zjawisko. I tu zaczyna się problem: relacje nie są jednolite. Część ludzi opisywała wirujące światło, zmiany barw, ruch tarczy na niebie. Inni mówili o dziwnym rozjaśnieniu chmur. Byli też tacy, którzy… nie widzieli nic szczególnego. W zamian wszyscy wyschli w mgnieniu oka. Jasne jest, że to nie mogło być słońce, które jest gwiazdą o masie ok.330 tysięcy razy większej od Ziemi. Gdyby zaczęło zmieniać pozycję, wirować na niebie, zbliżać się i oddalać, to nie byłby efekt optyczny, tylko globalna katastrofa grawitacyjna i koniec planety Ziemia. Co zobaczyli ci ludzie? Obiekt latający?

Nie było jednego obrazu. Było doświadczenie rozproszone.

Jednym z dziennikarzy, którzy tam byli, był reporter gazety O Seculo wysłany raczej po to, żeby sprawę zdyskredytować niż potwierdzić. Jego relacja była chłodna: opisywał niezwykłe zjawisko, ale bez języka „cudu”.

Dopiero później do historii wchodzi instytucja. Kościół, początkowo ostrożny i sceptyczny, po latach analiz uznał objawienia za „godne wiary”. I wtedy Fatima zaczęła żyć drugim życiem, już nie jako wydarzenie lokalne, tylko globalne miejsce pielgrzymkowe. Kasa Misiu, kasa. Z czasem pojawiła się infrastruktura, sanktuarium, miliony odwiedzających, a wokół tego cały ekosystem religijnej turystyki.

I tu zaczyna się najbardziej niewygodna część tej historii, bo każde takie miejsce, niezależnie od tego, co było jego początkiem, z czasem staje się również strukturą ekonomiczną i symboliczną. Przestrzeń doświadczenia zamienia się w przestrzeń instytucji, w tym przypadku Kościoła Katolickiego.

Sama nazwa „Fatima” też nie jest przypadkowa, pochodzi od imienia córki Mahometa, co dodaje temu miejscu jeszcze jedną warstwę kulturowej wieloznaczności.

 Zostaje najważniejsze pytanie, które nie daje się łatwo zamknąć:czy w 1917 roku w Fatimie doszło do objawienia religijnego, zbiorowej halucynacji, rzadkiego zjawiska atmosferycznego, czy może doświadczenia czegoś, co dopiero próbujemy opisać językiem, który mamy do dyspozycji?

Bo niezależnie od interpretacji jedno jest pewne, coś się tam wydarzyło. Tylko nie mamy jednej odpowiedzi co do tego, czym to coś było. A że to nie była matka Jezusa, jestem bardziej niż pewna. I żeby nie było, mam prawo tak myśleć. Ktoś w ogóle wie jak Maria z Nazaretu trafiła do nieba? Nie? To warto może się zapoznać? Polecam.

Jak wjechaliśmy do tej Fatimy to oniemiałam. Całe miasteczko, zresztą niezbyt piękne, to jeden wielki sklep z dewocjonaliami. Tandeta goni tandetę, plastikowe różańce, plastikowe Keny z Jezusem na piersi, ciuszki dla kleru... O Santa Madonna, co tu się odjaniepawla?...Ale kawę mieli dobrą i ciastko też. Z Basią darowałyśmy sobie wejście do sanktuarium, bo cała ta historia moim zdaniem nie ma nic wspólnego z tą instytucją, jej miejscem kultu i interpretacją w jedyny i tylko przez kościół akceptowalny sposób. Spędziliśmy tam 20 minut, a część grupy poszła zobaczyć "święte miejsce"- za darmo, uwaga!!!! Przed nami jednak było Tamar, gdzie ruszyliśmy opuszczając Fatimę bez większego żalu. 

zamiast ogrodowego krasnala, można sobie kupić Kena z Jezusem na klacie.

Ubranka na każdą porę roku dla księży, których strzeże anioł ze świecznikiem. Właściwie świecznik w kształcie anioła.

Zamek Templariuszy w Tamar znajduje się na wysokiej górze, z której roztacza się piękny widok na całe miasteczko. Jednak gdy wysiedliśmy na parkingu już od progu było widać, że nie poliżemy tych Templariuszy, bo jest jakiś remont i zamknięte dla zwiedzających. Byłam okropnie zawiedziona. Obeszłyśmy z Basią tylko całe opactwo od trzech stron, nie oglądając tego co najważniejsze, czyli dziedzińca, kaplicy i zamku. Wielka szkoda. Teraz żałuję, że nie wjechaliśmy do samego miasteczka, bo obejrzałam jakiś filmik na Youtube i jest naprawdę przeurocze....Być może spotkalibyśmy tam potomków Templariuszy, siedzących sobie terasz spokojnie przy kawce i winku w kafejkach. Bo jaki jest morał z historii Templariuszy w Portugalii? Jeśli twoją organizację rozwiązują (siłą, ogniem i mieczem) zmień nazwę i odkryj Amerykę. Dosłownie. E, trudno. Może jeszcze kiedyś....Chociaż plany podróżnicze mam na ten rok już inne. 

  Gdy dojechali nasi pielgrzymi z Fatimy, Beata wymyśliła, żebyśmy w zamian podjechali do pobliskiego innego zamku zbudowanego przez Templariuszy, który stoi na wodzie, dokładniej na rzece Tejo i jest do zobaczenia praktycznie za darmo. Castelo De Almourol pochodzący z XII wieku, leży na maleńkiej wysepce, do której miała nas za parę Euro dowieźć łódka. No cóż, trochę zapomnieliśmy, że kilka tygodni wcześniej rzeka Tejo zamieniła się w morderczy żywioł i zalała "kilka" miejscówek. Po dotarciu na miejsce okazało się, że także zabrała ze sobą przystań dla łodzi wożących turystów. Ze zwiedzania znowu nici, chociaż zamek wyglądał naprawdę fajnie i średniowiecznie. 😀

Staliśmy tam jak jakieś zagubione dzieci, aż tu nagle zaczepili nas Polacy. Bardzo fajna para. Zapytałam pana, czy przypadkiem nie ma jakiejś fajnej łódki dmuchanej przy sobie. Facet poklepał się po kieszeniach i odpowiedział, że niestety nie tym razem. Po kilku zdaniach wymienionych między nami okazało się, że mieszkają w Portugalii na stałe pracując zdalnie i jako lokalsi zaproponowali nam, żebyśmy podjechali do Castelo De Abrantes w miejscowości Torres Vedras. Ponieważ była niedziela (nadal) wejście na teren było za darmo. Pomachaliśmy z radości ogonkami i serdecznie podziękowaliśmy za polecajkę. Zamek, ten trzeci, rzeczywiście był otwarty!!!!Hurra. Przypominał olbrzymią twierdzę, z widokiem na rzekę Tag. Niewiele było tam do zobaczenia, ale miał coś szczególnego- maleńką, odrestaurowaną kaplicę rodową rodziny Almeidas-Santa Maria do Castelo. Rodzina podobno zacna, bardzo wpływowa powiązana z administracją i wojskowością. Naprawdę kaplica przepiękna, a nagrobki absolutnie koronkowe i kunsztowne. Odpicowana na cacy.


Zamek w Tamar. Część nieogarnięta.






za nami, w dole miasteczko Tamar



tradycyjnie turystki specjalnej troski.



Castelo De Almourol



to co zostało z przystani

widok z zamku Abrantes



Kaplica Santa Maria do Castelo

wnętrze kaplicy rodziny Almeidas i jeden z nagrobków.










Rzeka Tag meandruje w tle


Połaziliśmy po szczycie twierdzy, ale przed nami była jeszcze długa droga do Porto. Zrobiliśmy zakupy w pobliskiej "Biedronce"(Pingo Doce) i zaopatrzeni w portugalskie smakołyki ruszyliśmy na północ Portugalii zostawiając za sobą Templariuszy, których nie dane było nam bliżej poznać. Co się z nimi stało w ogóle na przestrzeni wieków? Na przełomie XVIII i XIX wieku organizacja stopniowo straciła swoje funkcje zakonne, aż do 1834 roku, kiedy to Portugalia sekularyzowała zakony religijne i wtedy Rycerze Chrystusa praktycznie przestali istnieć jako wspólnota. Ale, żeby nie było aż tak smutno, na pamiątkę jego wielkich zasług dla tego pięknego kraju, utworzono Ordem Militar de Cristo, jedno z najważniejszych odznaczeń honorowych Portugalii, a miano Wielkiego Mistrza zaszczytnie pełni prezydent tego kraju. Wielki szacun dla tych zakonników, którzy nadal zaskakują swoją pomysłowością, kunsztem, strategią i wyobraźnią. Wielki!!!! Kiedyś poświęcę im więcej czasu, bo na to zasługują. Być może wybierzemy się w tym roku do Chwarszczan, gdzie stoi piękna kaplica zbudowana przez ten zakon. Ma wiele tajemnic. Tylko, kurczę, trochę to jest daleko. Zobaczymy.

Nie chciałam dzielić tego posta, ale nie da rady. Resztę opiszę następnym razem... A Mario przed sekunda kupił dla nas bilety na kolejną wyprawę. Już się cieszę. Marzenia się spełniają!!!!!


 

Na koniec musi być akcent muzyczny... Tego jeszcze na tym blogu nie było. Podobno jest to oficjalny hymn Templariuszy. Proszę bardzo. Co ci faceci musieli mieć w głowach idąc na krucjaty? Można się tylko domyśleć.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz