Duran Duran po wielu latach wróciło do krajów byłego demoludu.!!!! To dopiero niespodzianka! A ja już myślałam, że oni z tych Stanów nigdy nie wrócą do Europy, bo wiadomo...emerytura nie zarobi się sama, a na starym kontynencie z frekwencją (poza Włochami i ich rodzinną Wielką Brytanią) może być różnie. Oj, jestem kobietą małej wiary jak się okazało...malutkiej. Takiej wiarki raczej. Chyba powinnam częściej słuchać Joe Cockera "Have a Little faith". Pomyślę o tym.
Wybraliśmy Pragę, bo mamy najbliżej. Jeszcze tylko telefon do Fatmy i Madzi z Wrocławia i... jedziemy!!!!🚗. Ta Praga ucieszyła mnie jeszcze z innego powodu. Od wielu już lat (!!!)Bardzo chcieliśmy z Mariem zobaczyć wnętrze Blbiotekii Narodowej Czechów, bo widzieliśmy te wnętrza na zdjęciach i naprawdę robią niesamowite wrażenie. Te baroki, sufity z freskami, tysiące książek i "starożytne" globusy, które ukazywały ziemię...uwaga uwaga jako sferę. Kto by dzisiaj w to uwierzył, że ziemia jest okrągła? (żart!!!)🌍🌎🌏
Na dodatek zaczęłam czytać najnowszą książkę Dana Browna "Tajemnica tajemnic", której akcja rozgrywa się właśnie w Pradze, więc gdy tylko przeczytałam o jakiejś miejcówie, od razu googlowałam, żeby zobaczyć co tam dają i czy aby warte zobaczenia. Skupiłam się na centrum, gdzie jest ta Narodni Knihovnia i gdzie znajduje się także tuż obok biblioteka miejska z wieżą zbudowaną z kilku tysięcy książek, która w środku dzięki systemowi luster sprawia wrażenie, jakby nie miała końca i początku. W okolicy jest także głowa Franza Kafki, która obraca się wokół swojej własnej osi i jeśli starczyłoby czasu zaliczylibyśmy wzgórze Petryńskie z ich wieżą Eiffla. No są drobne różnice konstruktorskie pomiędzy Paryżem i Pragą, ale tutaj chodzi jednak o View.... to a kill...
Jeszcze kilka tygodni wcześniej sprawdziłam jaka będzie pogoda i wyskoczyło mi, że przyzwoite 25 stopni, jednak szaman w instytucie meteorologii się pomylił i aura dowaliła nam o 10 stopni więcej. Taki drobiazg.
Dwa dni przed wyjazdem okazało się, że Madzia z Wrocławia nie jedzie. Trochę nią tąpnęły osobiste perturbacje z kociakiem, którego była zmuszona uśpić i wszelkie hulanki, śpiewy i tańce z niej zeszły. Jeszcze dzwoniłam i Mario dzwonił i Fatma... Madzia była niewzruszona. WIELKA szkoda, bo właśnie taki wyjazd dałby jej dobrego, energetycznego kopa. No, ale decyzja zapadła, bilet przepadł i trudno...Bardzo żałowałam, że jej z nami nie było. BARDZO.
W dniu koncertu wyjechaliśmy wcześnie rano, bo bilety do Knihovni mieliśmy zabukowane na 13-tą godzinę. Zgarnęliśmy Fatmę i w doskonałych humorach ruszyliśmy kurwidołami do Czeskiej Pragi...Zanim wjechaliśmy na autostradę, chwilę to potrwało, ale trasa turystyczna bardzo urodziwa i obfitująca na lokalne odcinki pomiaru prędkości. Należy z tym uważać, bo pokutę Czesi wysyłają bardzo szybko i nie ma z nimi dyskusji.
Wylądowaliśmy jakoś przed południem pod Halą O2, gdzie tuż obok, w olbrzymiej galerii znajduje się wielki, wielokondygnacyjny parking w cenie za 100 Koron na cały dzień. Można też zapłacić paragonem za zakupy na tę kwotę, co jest fajnym rozwiązaniem. Napisaliśmy na Whats Appie, że jesteśmy na miejscu. Od razu odezwała się Monia z Jackiem i małą Madzią, którzy na czas koncertu zamieszkali w okolicy O2. Po kilku minutach spotkaliśmy się w klimatyzowanej i chłodnej galerii, gdzie okazało się, że Madzia już wcale nie jest taka mała i wygląda na nastolatkę. Ja już straciłam rachubę ile ona ma tak naprawdę lat, ale jest wysoka i wygląda na 11 lat. Na moje starcze oko oczywiście. Gdy wyszliśmy na zewnątrz przywitało nas te 35 stopni ...albo nawet trochę więcej. Namówiliśmy Monię na wizytę w Bibliotece w zamian za Madzię. Na szczęście się zgodziła. Przynajmniej ten bilet uratowany.
Tramwajem dojechaliśmy do centrum, podziwiając piękną Pragę. Naprawdę jest to urocze, historycznie ciekawe i bardzo luzackie miasto. Gdy doszliśmy do Biblioteki Narodowej, okazało się, że mamy jeszcze sporo czasu, więc wpadliśmy na przeciwko do biblioteki miejskiej, do tej wieży z książek. Kolejka jak po węgiel w pandemii. No, po wiedzę, więc to ja rozumiem, ale te selfiki, niunie pozujące do instagrama... Ratunku. Ta kolejka właśnie przez te influencerki. Jprd, co za czasy. Wiem, piszę jak boomer, ale naprawdę, zrób to zdjęcie jeśli musisz i spadaj na szczaw, a nie z dzióbkiem takim i owakim, a jeszcze w pozycji żurawia, łabędzie i połamanego lotosu....
A gdy nadszedł moment na zwiedzanie biblioteki (i wieży astronomicznej) z wielką ciekawością ruszyłam, przynajmniej ja, w stronę tych cudów z XVIII wieku umieszczonym w budynku Klementinum, jednego z najpiękniejszych barokowych kompleksów w Europie (no chyba w Lubiążu jeszcze nie byli). Ponieważ ja zawsze mylę nazwy, ochrzciłam obiekt klimakterium. Jakby jestem w okolicach 😱😂😅
Przyszła pani przewodnik, bardzo młoda i miła i po angielsku opowiedziała nam historię budynku. Potem weszliśmy na pięterko, gdzie już przebierałam nóżkami i.... i okazało się, że na monitorze multimedialnym pani pokazała nam co tam się mniej więcej znajduje, a jak przyszło do zwiedzania, to 5 osób mogło stanąć w progu i polizać tego cukierka przez szybkę. Ani kroku w przód!!!! Ale, kurde jak to????Bilet prawie za 70 PLN, a my nie możemy tam wejść.? Robert Langdon, główny bohater książek Dana Browna dopiero co tam biegał i robił cuda wianki, a my? Sorry, ale nie dotkniecie, nie zobaczycie, nie zadrzecie głowy do góry, żeby zobaczyć te piękne freski. Największe rozczarowanie jakie mnie od lat spotkało!!!!Największe!!!! A potem zobaczyłam na FB, że taki John Taylor i jego chuda żona Gela weszli i mogli podziwiać z pierwszej ręki. Podłość ludzka nie zna granic.👿💔 Nie bawię się i koniec. Proszę odpuścić sobie zwiedzanie tej Biblioteki, jeśli kiedykolwiek mieliście zamiar. Naprawdę to nie ma najmniejszego sensu. To co naprawdę warto było zobaczyć, to widok z wieży. Akurat to było super, tym bardziej, że na Eiffla na wzgórzu Petrińskim nie weszliśmy. Przeszliśmy na drugą stronę przez most Karola, potem cudnym parkiem, ale okazało się, że kolejka na wzgórze jest w remoncie. Jak pomyślałam o wspinaniu się w tym upale pod górę, to mi się odechciało. Zresztą całej naszej trójce, bo Monia wskoczyła po tej bibliotece do króliczej nory i razem z rodziną znalazła się w Krainie Czarów... Muszę zapytać jak tam było? I czy Alicja miała ten płyn zwiększająco- pomniejszający 👧😁😁😁
Potem nakupiliśmy magnesów i odnaleźliśmy w okolicy kolejnej galerii z pięknymi samolotami ze skrzydłami motyla na elewacjach głowę Franza Kafki. Naprawdę bardzo ciekawa rzeźba, która obraca się różnymi elementami o 360 stopni i jest cała srebrzysta i lśniąca. Ostatnio zapytałam nawet naszą Gosię, o Franza Kafkę. Jej pytanie zabrzmiało- czyj on tak naprawdę jest? Urodził się w Pradze w niemieckiej rodzinie, pisał po Niemiecku, znał trochę czeski, a tak naprawdę był Żydem. Więc może to Izrael powinien go sobie przypisać? Hm,...zagadka. Tak czy siak głowa fajna i warta zobaczenia. Oczywiście pod głową kolejni influencerzy.... Ratunku, ratunku!!!!
Tramwajem pojedziemy....
wieża składająca się z kilku tysięcy książek. Trochę jak wagina?
Fajne złudzenie optyczne. Wieża nie ma początku ani końca.
No i co? No i pstro. Tyle zobaczyliśmy.
ale i tak robi wrażenie...
zdjęcie zrobione przez szybę. Nawet lepsze niż bez.
John zwiedza....
Gela też jakby.
widok z wieży astronomicznej na Hradczany
trochę jak dwa konie szmaciarza... umordowani.
Piękna i urocza Praga
idziemy do Kafki
Stopczyk, co wy tam palicie? Ja? Radomskie, ale jak pan major chce, to Franc ma Camele.
Nasi już czekali na przeciwko hotelu Four Seasons (akcja nowego Browna
też ma tam miejsce) w restauracji racząc się czeskimi specjałami i
podejrzewam, że czeskim piwkiem. Z Gdańska samolotem przyleciał Adaś
(niestety bez reszty rodziny),Maggie, Małgosia, Gardziel i z Koszalina
Agnieszka i jej syn Tomek. Sama osobiście namówiłam ją na ten wyjazd.
Mam nadzieję, że zadowolona. I Tomek też. Dodatkowo spotkaliśmy fankę
Durankę, którą ostatni raz widzieliśmy na koncercie we Wrocławiu w 2012
roku. Bardzo miłe spotkanie i dosyć niespodziewane. My jesteśmy jak
rodzina. Naprawdę, możemy się nie widzieć miesiącami, a jak się
spotkamy, to tak, jakbyśmy nie widzieli się ze dwa dni... no może
tydzień. Chemia działa. Podobno Agnieszka miała okazję zobaczyć Johna
grającego na gitarze przez okno w tym hotelu... Dobrze, że Tomek był
przytomny i jej wskazał palcem na co ma patrzeć, bo tam Jasiek gra na
basie.... a mama jak zwykle z głową w chmurach. Dobre i to. My nie
widzieliśmy Duranów wcale ani przed hotelem, ani w hotelu ani ani...No
poza koncertem, ale o tym za moment. Jakoś nie płaczę. Chociaż?
Niektórzy naprawdę mają farta. Mnie on od lat omija. Taka karma. Czekam
na spektakularne spotkanie. Pewnie kiedyś, jak już będę staruszką, a oni
z balkonikami... I to pewnie będzie zupełnie przez przypadek.
Zjedliśmy
czeski obiadek w postaci smażonego sera i frytek plus ciemne piwko i
poszliśmy pod ten hotel...na drugą stronę ulicy. Nie spodziewałam się
cudów, więc nie byłam rozczarowana. Potem się okazało, że Durany z
żonami podróżowali łodzią po Wełtawie, oprócz Nicka. Ten ma awersję do
wody, więc wybrał muzeum Muchy. Alfonsa Muchy artysty, a nie owada.
Trochę się poszlajaliśmy po tej Pradze (wspominałam, że praska wieża
Eiffla odpadła) zjedliśmy lody, bo akurat był dzień loda 🍦i ruszyliśmy
pod O2 metrem. Fajne mają metro Prażanie. Naprawdę, a już w kilku
byłam.
Po wyjściu z metra od razu wyszliśmy przed O2, gdzie stała już niezbyt liczna grupka fanów, w tym nasz Palma, oraz reszta ekipy z restauracji. Oni zakupili tzw. short tracki, żeby szybciej wejść na teren hali i stać tuż pod sceną. Ja się tylko uśmiechałam pod nosem. Naprawdę byłam przekonana, że nie będzie dużo ludzi i wkombinujemy się w pierwsze rzędy. Mario z Fatmą przebrali się w koszulki organizacyjne na parkingu, zakupiliśmy jeszcze białe wino i tak uraczeni ruszyliśmy na koncert. Jeszcze fotki z flagą, tradycyjnie i .... okazało się, że bez short tracków i tak zajęliśmy miejsce przy pod sceną razem z polską ekipą fanów. Byliśmy dosyć rozbrykaną i znaczną grupką pod samą barierką, a flaga powiewała na koncercie co czas jakiś. Tzn. Adaś powiewał, Gardziel powiewał i Palma powiewała... Pomijam fakt, że Palma chyba kupił buty na sprężynach i tak skakał jak jakiś Masaj w tańcu rytualnym na ubitej ziemi. Nikt podczas tego koncertu nie skakał tak jak nasz Palma... Chociaż Mario, który stał pod reżyserką stwierdził, że przed nim wywijała też tak jakaś dziewczyna jak szalona. Miała miejsce to szalała. My raczej w oblężeniu. Tak sobie stałam i czekałam, stałam i czekałam, aż spojrzałam w prawą stronę. I co ja tam widzę? Nasi bracia Słowacy!!! Trochę się chłopaki postarzeli, ale byli absolutnie rozpoznawalni. Popatrzyłam na dwóch z nich- niejakiego Milana i Gabrysia i zobaczyliśmy to samo w swoich oczach- Ooooo, ja was znam- wrzasnęłam- Bracia Słowacy!- A oni w śmiech- My pozname aj vas, Polaci!!! No ja ich mniej więcej widuję co 20 lat. Spotkaliśmy się pierwszy raz w Budapeszcie w 1988 roku w strasznym mrozie, potem w Warszawie i Bratysławie w 2006 i teraz w Pradze. Strasznie fajni kolesie. Powspominaliśmy, wymieniliśmy numery telefonów. Są naprawdę bardzo pozytywni. Lubię Słowaków. Zresztą co roku (prawie) spotykam się z Duranmajo na Castle Party w Bolkowie. W tym roku też się widzimy. Duranmajo tym razem zamiast do Pragi pojechał na koncert do Budapesztu. Miał jakby bliżej.
W końcu na scenę wszedł support w postaci żeńskiego zespołu rock- folkowego Vesna. Fatma stwierdziła, że je zna z Eurowizji. Ja nie znałam nic, ale grały dziewczyny bardzo przyzwoicie i wokalistka bardzo dobrze śpiewała w różnych językach, bo i po Bułgarsku, po ukraiński i po Słowacku. Naprawdę fajny support. Dostały zasłużone brawa.
Potem zanim posprzątali scenę, zanim ogarnęli to znowu minęło ze 40 minut. Rozejrzałam się wokół siebie i oniemiałam- cała hala zapełniona po brzegi!!!!18 tysięcy ludzi na moich Duranów przyszło!!!! Gabriel potwierdził, że ma twarde dane i przeciek i był sold out. Wyprzedano wszystkie bilety. No brawa. Duran Duran w krajach demoludów są nadal mile widziani. I to jak!!!
Pod hotelem Four Seasons z Duranką. W tle Hradczany.
samolotem burżuje przylecieli... żart. Sama bym przyleciała w ten upał, zamiast się tłuc tyle kilometrów z wybrzeża.
Przed koncertem, chciałam namówić Adama, żeby zrobić wspólne zdjęcie i odejść do reszty stojącej kilka metrów dalej...Nie, bo on ma kolejkę zaklepaną. Murem stał. Jakby meblościanki rozdawali.
Margolka, Maggie, Adaśko, Mario, moja i Fatma. Chwila uwieczniona w czasie.
Ja, Fatma i Mario stoimy w smudze cienia.
Tutaj już nas widać. Brakuje tylko Riwany i Daniela, jej syna rodzonego, z zaszczepionym umiłowaniem do Duran Duran.Taką mam nadzieję.
Maggie, Margolka, Riwana ...i Ad..onis. Piękne polskie fanki..i fan fan Tulipan. Był taki film przygodowy francuski kiedyś.
ejo...
z bratem Słowakiem Gabrielem, co zwiastował... czy jakoś.
Minęło prawie 40 lat, a my ciągle tacy sami.
No nadejszla wyjątkowa chwila. Moment przed ich wejściem Duranów wysłałam znajomym fotkę z informacją, że czekamy na tych staruszków. Oj, szybko musiałam wejść pod stół i wszystko odszczekać. Szybciutko.
Są koncerty, które po prostu się ogląda. I są takie, które porywają od pierwszej sekundy i nie pozwalają złapać oddechu. Praski koncert Duran Duran należał zdecydowanie do tej drugiej kategorii.
Pierwsze cztery utwory uderzyły z siłą dynamitu. "Is there something I Should Know?, "The Wild Boys", "A View to a kill" i "Hungry like the wolf "nastąpiły jeden po drugim, bez chwili wytchnienia. Zanim zdążyłam ochłonąć po pierwszym numerze, już rozbrzmiewał kolejny. Tchu mi zabrakło. Nie przypominam sobie, żebym wcześniej miała okazję usłyszeć tzw. "Please please tell me now" na żywo, dlatego ten początek był dla mnie czymś absolutnie wyjątkowym. I ta animacja stylizowana na Andy'ego Warhola z pięknymi, młodymi Duranami. Sztos. To naprawdę zrobiło wrażenie. Jak już wspomniałam staliśmy blisko sceny, więc mieliśmy Simona i Johna na wyciągnięcie ręki. Jasiek jest już tak strasznie podsuszanym basistą, jak rodzynka. Na dodatek cały czas miał minę, jakby ssał cytrynkę, więc wyglądał dosyć komicznie...No i ta fryzura na Billego Idola. Nie pasuje mu, ale co ja tam wiem. Generalnie dawał czadu na tym playthefuckingbassjohn.
A Simon? Cóż... Simon Le Bon jest po prostu Simonem Le Bonem. Trudno oderwać od niego wzrok. Co chwilę robił swoje charakterystyczne teatralne gesty, uśmiechał się, żartował, zaczepiał publiczność i było widać, że dosłownie karmi się energią płynącą z widowni. Nie sprawiał wrażenia gwiazdy odgrywającej koncert według scenariusza. Wyglądał na człowieka, który autentycznie świetnie się bawi i czerpie radość z każdej minuty spędzonej na scenie. A my oddawaliśmy mu tę energię z nawiązką. Simek w doskonałej formie. Wyszedł klasycznie jak paw, rozpostarł ogon i czekał na oklaski. Strasznie zabawny koleś. Naprawdę. Te jego miny, pozy, kroczki to prawdziwa komedia. A jak udało mu się zrobić piruet, to cieszył się jak małe dziecko, które przeskoczyło przez konia na Wuefie. Kiedyś robił kilka piruetów raz za razem, ale latka zrobiły swoje. W każdym razie bardzo pozytywnie. Chciałam sobie popatrzeć na Rogera, ale przede mną Palma skakał na tych sprężynach i figę widziałam.
Rhodes cały na różowo w cekinach, klasycznie. A Dom Brown co chwilę pokazywał, że jednak potrafi grac na gitarze i nie przez przypadek znajduje się w zespole, chociaż nie jest jego członkiem. Dopełnieniem były oczywiście Anna Ross i jej młodsza koleżanka z Irlandii Północnej Rachel O' Connor. Panna O'Connor zaczynała jako nastolatka w brytyjskim programie The Voice UK, gdzie jej mentorką była Kylie Minogue.
Co ciekawe, do Duran Duran trafiła trochę przypadkiem. Osoba, z którą wcześniej pracowała przy irlandzkim widowisku tanecznym, poleciła ją ekipie koncertowej zespołu. Simon Le Bon przesłuchał ją osobiście i kazał zaśpiewać partię Tove Lo z utworu"Give it All up"(bardzo lubię). Po przesłuchaniu powiedział mniej więcej: "Wygląda na to, że ruszasz z nami w trasę."Wiele osób skupia się na Simonie, ale dziewczyny naprawdę dały podczas tego koncertu czadu. Anna Ross i Rachael O'Connor wykonały kawał znakomitej pracy – ich harmonie były niemal studyjnej jakości.
Właśnie dopełnieniem muzyki były te fenomenalne animacje wyświetlane za sceną. Zachwyciły mnie od pierwszych minut, ale prawdziwym majstersztykiem okazały się wizualizacje do" New moon on Monday" i "Planet Earth". Zwłaszcza podczas " New Moon" ekran zamienił się w mroczny, hipnotyczny spektakl. Było w nim coś niepokojącego – niemal sekciarskiego – jakbyśmy uczestniczyli w tajemniczym obrzędzie. Świetnie współgrało to z nową aranżacją utworu i stworzyło jeden z najbardziej klimatycznych momentów całego koncertu.
Setlista była świetnie wyważona. Klasyki przeplatały się z nowszym materiałem, a każdy kolejny utwór znajdował swoje miejsce. Były chwile wzruszenia przy"Ordinary world" i "Come Undone", taneczna eksplozja podczas "The Reflex", "Notorious" czy"Reach up for the sunrise", a na finał dwa utwory, bez których trudno wyobrazić sobie koncert Duran Duran przecudowne "Save a Prayer" kiedy cała sala zamigotała kilkanaścioma tysiącami światełek z telefonów odśpiewując ten hymn New Romantic razem z zespołem... no i na koniec Rio. Nie przypominam sobie, żeby jakikolwiek koncert DD skończył się inaczej. Gdy wybrzmiały ostatnie dźwięki, miałam tylko jedną myśl: takich koncertów nigdy nie ma dość.
Przez cały koncert miałam na twarzy banana, którego nie dało się odkleić. Chyba właśnie po to jeździ się setki kilometrów za ulubionym zespołem, żeby przez dwie godziny zapomnieć o całym świecie. A Duran Duran po raz kolejny mi o tym przypomnieli. To był naprawdę doskonały, energetyczny koncert i widać było, że zespołowi podobała się nasza reakcja, jakby byli zaskoczeni, że po tylu latach taka chmara ludzi przyjdzie ich oglądać.
Na koniec wszyscy się nam pięknie ukłonili, a Roger wręczył pałeczki Palmie i Gardzielowi. Fuksiarze. Dopiero wtedy Palma zaczął skakać na poważnie😂😂😂
A... czy było coś słabego? Wydaje mi się, że "Evil Woman" zabrzmiało tak sobie, ale ja zdecydowanie wolę Duran Duran w ich utworach niż coverach. No oprócz "White Lines", z tym tłustym basiskiem i świetnymi chórkami. To zabrzmiało fantastycznie.
Ok, do brzegu, bo piszę już tego posta zbyt długo. Koncert piękny, długi, energetyczny, absolutnie niezapomniany. Panowie pomimo swojego wieku zaskoczyli chyba niejedną osobę, która tylko przypadkiem kupiła bilet na ich występ. Tomek od Agnieszki i Daniel od Riwany widzieli DD po raz pierwszy na żywo- bardzo im się podobało.
Dziadki? Oni jeszcze pokażą kilka sztuczek. Jestem o tym przekonana.
Jasiek jak rodzynka
A View to a kill
The Wild Bo bo boys! Always shine.
Is There something I Should Know
Bardzo smaczna ta cytrynka
naprawdę...
już całą wycyckałem
i połknąłem ze skórką...
Fantastyczny New Moon on Monday
no ten jak zwykle Pretty in pink.
Planet Erath. Świetne te babki kosmiczne. Takie Barbarelle.
Monia siedziała w loży i taki miała widok.
Jeszcze raz Is There something.
A to Palma na sprężynach.
Come Undone. Przepiękne.
Ściągał z nas energię niczym wampir, ale musiał się posilić po tym fikaniu i biegach z przeszkodami.
Roger za garkuchnią
I Save a Prayer. Cudowne.
Na koniec, już po koncercie jeszcze pamiątkowe zdjęcia, uśmiechy, pierwsze wrażenia. Wszyscy zachwyceni...i pożegnanie....
Ostatnia pamiątkowa fotka. Palma i Gardziel z pałeczkami, szczęściarze.
i z braćmi Słowakami.
Do domu wróciliśmy około trzeciej nad ranem. Zmęczeni, ale naładowani endorfinami jak małe elektrownie. Jeszcze długo nie mogliśmy zasnąć. Na grupie natychmiast ruszyła wymiana zdjęć, filmików i wrażeń. Każdy zapamiętał coś innego, każdy przeżył ten koncert po swojemu, ale jedno się nie zmieniło – wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że warto było przejechać te setki kilometrów.
Praga po raz kolejny okazała się szczęśliwa dla Duran Duran. A ja? Cóż... przez cały koncert byłam najszczęśliwszą kobietą w galaktyce i już wiem, że jeśli tylko nadarzy się kolejna okazja, znowu dam się porwać tej zwariowanej czwórce. Bo są zespoły, których się słucha. I jest Duran Duran, których po prostu trzeba przeżyć na żywo i dać się nie tylko oczarować, ale też zaskoczyć.
Na koniec link do całego koncertu. Jakość słaba, ale mimo wszystko fajna pamiątka. Papa.