czwartek, 15 czerwca 2017

Korfu część 3 i ostatnia....


Najwyższa pora rozstać się z piękną wyspą Korfu, ale wcześniej pokażę Wam jeszcze kilka fotek z cudownych i zjawiskowych miejsc.
Na pierwszy ogień pójdzie bizantyjski zamek Angelokastro. Wybudowany na stożkowatym wzgórzu niedaleko Paleokastritsy. Dojazd do zamku bardzo wąskimi drogami i krętymi serpentynami. W jednej z wiosek po drodze światła, gdzie sporo się czeka. Wioseczka stoi przy bardzo wąskiej drodze, gdzie za nic na świecie 2 samochody nie maja prawa się minąć. Wjeżdżamy cały czas do góry i cały czas zakręty po 180 stopni. W głowie może się zakręcić. Zatrzymaliśmy się na chwilę przy małym sklepiku z miejscowymi specjałami. Kupiliśmy pyszną oliwę, miejscowe wino i jako prezenty likier z kumkwata. Podobno jest to typowy dla Korfu wyrób alkoholowy. A czym jest kumkwat?To taka maleńka pomarańczka, kwaśna jak ocet siedmiu złodziei (przynajmniej te, które my zerwaliśmy z drzewka, ale może to po prostu nie sezon?)
Po drodze sporo turystów pieszych. Podziwiam takich ludzi- w upale, kurzu, upoceni z plecakami i siłą woli maszerowali pod górę. Pewnie też do zamku.


krzew kumkwatu


Już z daleka widać bryłę zamku- twierdzy, jednak nas interesuje zupełnie inny profil tej góry, ale tam trzeba jeszcze dojechać polnymi drogami.
I w końcu jest!!! Fantastyczny!!! Robi naprawdę olbrzymie wrażenie i widać od razu, że to była budowla obronna, a nie zamek greckiej księżniczki. Angelokastro został zbudowany w XII wieku i przez setki lat miał za zadanie bronić zachodniego wybrzeża wyspy przed najeźdźcami, a zwłaszcza przed turecką siczą. 2 razy w XVI wieku i raz w XVIII kilka tysięcy wyspiarzy broniło zaciekle Korfu właśnie przed Turkami. I udało się. Militarne znaczenie zamek stracił w wieku XIX pod protektoratem brytyjskim.



Na szczyt biegną kamienne, nierówne schody i trzeba pamiętać, że zamek leży 300 metrów n.p.m. Naprawdę wysoko. Na samym szczycie maleńki kościółek pod wezwaniem archaniołów Michała i Gabriela. Zamknięty oczywiście, ale widoki genialne!!! Wszędzie błękity, lazury, turkusy ... blue ! Przestrzeń, aż chce się oddychać pełną piersią. Aha, nie ma kasy, więc wejście na teren zamku za darmo. Chociaż nie wiem jak jest w sezonie, bo my byliśmy jakby przed.




Kościółek archaniołów. Lichy jakiś.

Odpoczęliśmy trochę na szczycie tego zamku i czas było ruszać na północ wyspy do miejscowości Sidari.
Tam ambitnie chcieliśmy zobaczyć tzw. Kanał Miłości. GPS nas poprowadził... i znaleźliśmy się na maleńkiej plaży, gdzie w dali widniały 2 wysepki. To jest ten kanał? Może i tak (gamonie nie sprawdziliśmy wcześniej na żadnych fotkach jak wygląda ten kanał w rzeczywistości). Plaża była śliczna, wokół wysokie klifowe wybrzeże, żółty piach. No fajnie. Może to i jest kanał, chociaż kanału nie przypomina, ale każdy ma taki kanał na jaki sobie zasłuży. Wygooglujcie sobie jak naprawdę wygląda Canal d'amour, bo na naszych fotkach on wygląda tak...



wpuszczeni w kanał :)




No cóż, kanału nie zaliczyliśmy, ale za to te piękne zatoczki i owszem. Trudno.
A skoro już jesteśmy na północy wyspy to koniecznie trzeba zobaczyć przylądek Drastis. Kilka kilometrów autem, a potem pod górkę na piechotę gajami oliwnymi.
Przylądek już z daleka wygląda fantastycznie.


Wygląda z daleka jak otwarta paszcza krokodyla, ale tak naprawdę to urokliwa zatoczka z wysokim cyplem. Jak się okazało zamkniętym dla turystów. Szkoda wielka, bo widok z najwyższego miejsca pewnie zapiera dech w piersiach. W zamian wleźliśmy na inny punkt widokowy, gdzie trochę nogi się pode mną ugięły, bo jak spojrzałam w dół, to zakręciło mi się w głowie. Przypomniało mi się, że kilka lat temu małżeństwo z Polski podziwiało takie klify w Portugalii i niestety pech chciał, że fragment się odłupał i oni zginęli w odmętach oceanu. Kilka zdjęć robiłam już na leżąco, jakby co.




Piękne i urokliwe wybrzeże. Dużo ciekawsze niż plaże w pobliżu naszego hotelu. Gdybym jeszcze raz miała wrócić na Korfu, wybrałabym właśnie tamte okolice. Zdecydowanie.
Jak już wcześniej pisałam, odwiedziliśmy też kawiarnię Jamesa Bonda, gdzie właściciel zarzucił nas albumami o Grecji i o Korfu. W jednym z tych albumów zauważyłam małe, różowe jezioro. Zapytałam gdzie to jest. Właściciel pokazał nam na mapie- drugi koniec wyspy, zupełnie na południu, ale za to bardzo niedaleko od naszego hotelu. Super, jedziemy. Zapytałam jeszcze czy aby na pewno to jezioro jest różowe. NO JASNE!!! Różowe jak ciuchy Barbie. No to fajnie.... nie ma na co czekać.
Zjechaliśmy całą wyspę na południe do miejscowości Lefkimmis. Tutaj chwilkę pobłądziliśmy, ale trafiliśmy nad rzekome różowe jezioro. Zapytałam autochtona, gdzie właściwie ono jest- pan pokazał palcem, mówiąc, że dzisiaj to one różowe nie będzie. O, a to dopiero. Podeszliśmy bliżej i wiecie co, poczułam się jak w filmie "Chłopaki nie płaczą" w scenie finałowej- Są Bunkry? Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście :)
Różowego jeziora nie było, ale i tak było cudnie. Zresztą zobaczcie sami.





Jeziorko jest przystanią dla migrujących ptaków i różowe bywa, ale raz na ruski rok. I tylko wtedy, gdy są tam flamingi.
Reasumując- cała wycieczka niezwykle udana, miejsca piękne, wspomnienia wspaniałe. Polecam zdecydowanie Korfu. Wynajęcie samochodu to niewielki wydatek, a obejrzenie tych cudnych miejsc bezcenne. Jeśli ktoś wam powie, że Korfu jest nudne, nie wierzcie. Nawet jeśli nie zobaczycie prawdziwego Kanału Miłości, zawsze znajdzie się coś interesującego w zastępstwie... bo to różnorodna i krajobrazowo piękna wyspa.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz