poniedziałek, 19 października 2026

Malaga , Tiki Taki i Kasztanki, czyli przez Andaluzję na szybko. Część 1.


 Jesień za oknem. Wprawdzie jeszcze ta ładna i złota, ale dni są już krótkie, a słońca coraz mniej. Za chwilę zmiana czasu. Nie znoszę tej ciemności i zimna. Póki co wspomnienie. 

 O Andaluzji myślałam już od dłuższego czasu. Może niekoniecznie o samej Maladze, ale Ronda i jej most zrobiły na mnie już takie wrażenie, że siłą rzeczy, gdy raz klepnęłam na informacje i zdjęcia o tym mieście, algorytm nie pozwolił mi o nich zapomnieć. 

Wpadłam na moją ulubioną stronę z tanimi lotami, wyszukałam fajny i ekonomiczny przelot z Wrocławia do Malagi i fruuuuu.... Klepnięte. Aha, wcześniej zapytałam naszą córkę Gosię, czy nie ma ochoty z nami pozwiedzać Andaluzji? Jakoś w tamtym terminie miała bronić pracy licencjackiej, ale posprawdzała terminy i dołączyła do swoich staruszków. No i brawa. 

Ona jest dobrym kompanem do zwiedzania, bo nigdy nie marudzi, nic jej nie boli 👌, nie pieprzy mi głupot o swoich jedynych słusznych racjach, jest ciekawa świata i świetnie gotuje, a te cechy są na wyprawie naprawdę bezcenne. 

Od razu wiedziałam, że tydzień na Andaluzję to za mało. Ogarnęłam trasę, może na początek zbyt ambitną, ale pomyślałam, że przecież jak coś odpuścimy, to świat się nie zawali. 

W planach na pierwszy ogień miała pójść Malaga, którą mieliśmy zwiedzać od rana durana. Następnego dnia po wynajęciu auta, ruszyć wybrzeżem do miasteczka Tarifa, najbardziej wysuniętego na południe miejsca w Europie, skąd widać Afrykę. Kolejnym punktem była plaża Playa De Bolonia z olbrzymią wydmą i ruinami antycznego miasteczka, a stamtąd mieliśmy wjechać do Sevilli (jak się uda to też do Kadyksu). Z Sevilli do Granady i na koniec Ronda i znowu Malaga. Hardcore. Wiem. 

W Maladze mieliśmy wylądować 2 września o pierwszej w nocy. Ale już po wejściu do samolotu i sprawdzeniu, obok kogo będę siedzieć, wiedziałam, że lekko nie będzie. Młodzian wprawdzie ustąpił mi miejsca przy oknie, ale szybko okazało się, że jest wyjątkowo gadatliwy i plecie, co mu ślina na język przyniesie. Zagłębiłam się lekturze Stevena Kinga i starałam nie reagować.

Na szczęście za rozmówcę obrał sobie jakiegoś Greka siedzącego obok, który łamaną angielszczyzną dzielnie podtrzymywał tę drętwą pogawędkę. Dołączyła do nich jeszcze dziewczyna z rzędu przed nami — fajna, ładna, kumata i wygadana. Mówiła w języku polskim.

Nasz młodzieniec pochodził z pogranicza Opolszczyzny i Górnego Śląska i miał wielkie pretensje, że język śląski nie został uznany za regionalny. Zapytałam, czy wie, komu to zawdzięcza. Nie wiedział. Przecież Nawrocki nie podpisał ustawy! Wyczułam w nim konfederatę, choć zarzekał się, że nie interesuje się polityką. Wyjaśniłam mu, że nie musi, bo polityka interesuje się nim.

Wróciłam do Stevena Kinga, ale mój sąsiad nie zamierzał odpuszczać. Nadal rozprawiał z tą fajną laską o tym, jak bardzo denerwuje go język Poznaniaków. Zwłaszcza słowo „tej”.

Ooooooo… Trzymajcie mnie!

Na dodatek cały czas zwracał się do mnie per „proszę panią”, co doprowadza mnie do szału. W końcu nie wytrzymałam i go opieprzyłam. Taki z niego znawca języka, a własnego nie potrafi używać poprawnie”. 😏 Obraził się. Miałam go z bańki do końca lotu. 

Lotnisko w Maladze jest duże. Trochę nam zajęło, zanim doszliśmy do autobusu jadącego do centrum, gdzie mieliśmy zaklepane mieszkanie z AIRBNB. To był ostatni autobus, więc spóźnienie nie wchodziło w rachubę. Na dworze 28 stopni w środku nocy. Cudownie. 

Mieszkanie, w którym mieszkaliśmy wydawało mi się w tamtym momencie najgorszym w jakim do tej pory spaliśmy kiedykolwiek wynajmując przez tę platformę. Największa zaleta to właśnie ten środek miasta tuż przy dworcu. Cała reszta to katastrofa. Wiatrak zamiast klimy (i tak dobrze) kuchnia w rozsypce (dosłownie), lodówka przywitała nas lodowcem rodem z Himalajów, 3 pokoje i wspólna przestrzeń. Na szczęście był balkon. W pokojach urzędował jakiś Holender, a drugim  trzy młode Francuski, które wyszły na imprezę, wróciły nabite jak strzelby w środku nocy, porzygały i poleciały na samolot...

Wiadomo, że nie przyjechaliśmy tutaj mieszkać, tylko zwiedzać. Rano szybkie zakupy w Lidlu, ogarnięcie karty na autobus, bo tak mieliśmy się poruszać po Maladze i pojechaliśmy na miejską plażę, zaopatrzeni w jedzenie i oczywiście wino. Gosia naładowała lodu do termosika, który miała ze sobą i mieliśmy all inclusive. 🍷🍷🍷 Walnęliśmy się pod palmami, grała sobie muzyczka i było bardzo ciepło. A ciemny w sumie piasek tak parzył stopy, że z ledwością doszłam do wody biegnąc jak po rozżarzonych węglach. I tutaj następuje niespodzianka, bo przy takich temperaturach (a było ponad 34 stopnie) spodziewałam się morza tak ciepłego jak Czerwone, a ono miało temperaturę Bałtyku!!!!! Naprawdę doznałam szoku termicznego. Zimne bardzo. Podobno miało 20 stopni... No raczej chyba nie. Przynajmniej nie w moim odczuciu. Reszta rodziny zareagowała podobnie. Aha, po plaży biegają kelnerzy z drinkami i zimną Sangrią, są prysznice i toalety. Naprawdę fajna, wypasiona plaża. Gdyby nie ta woda 🌊🌊🌊



Byczyliśmy się nad wodą do 15-ej, a potem ruszyliśmy zwiedzać. Na wyciągnięcie ręki, naprawdę bardzo niedaleko plaży na wzgórzu leży Alcazaba i zamek Gibralfaro. Oba te obiekty stanowią jeden gigantyczny kompleks obronny, choć fizycznie są to dwie oddzielne twierdze. Nie zamierzaliśmy ich w tym upale podziwiać od wewnątrz, ale chcieliśmy z góry zobaczyć panoramę miasta, a jest tam najlepszy punkt widokowy w okolicy. Przeszliśmy wzdłuż całego obwodu nienaruszonych murów obronnych, patrząc z wysokości na port, wybrzeże Costa del Sol, zabytkową arenę walk byków (Plaza de Toros) oraz dachy historycznego centrum Malagi. Widoki absolutnie genialne, chociaż temperatura już dawała nam się we znaki. Ale było warto. 

Przed nami Alcazaba

Jakoś się wczłapaliśmy 😅😅😅😎

widok na katedrę, ale o niej jeszcze będzie.

krwawa arena, a w oddali po prawej centrum Pompidou. Taka kolorowa kostka.


aż nogę jedną zgubiłam... albo się rozpłynęła.


tutaj już wszystkie kończyny w komplecie. 


such a perfect day, drink Sangria in the park...(Lou Reed)


Na przeciwko teatru rzymskiego takie drzwi. 4 Ewangelistów

i sam amfiteatr. Szału nie ma.

jeden z wielu murali w centrum Malagi

Widok na jedyną wieżę Katedry Wcielenia.

i otóż ona ....






Jestem ciekawa jak brzmiałby taki Bach zagrany na tych organach?


Przepiękne światło ma ten obraz.


Obiad zjedliśmy w samym centrum Malagi w restauracji o nazwie Picasso Bar Tapas. Dobre jedzenie i spore porcje. W ustach Hiszpania. Obsługiwał nas dosyć zabawny kelner, dlatego polecam. Po obiadku ruszyliśmy do Katedry, która była na rzut kamieniem dosłownie. Po drodze minęliśmy muzeum imiennika restauracji, czyli Picassa. Mała kolejka. Postanowiliśmy odwiedzić to muzeum w niedzielę wieczorem, ponieważ wtedy wejścia są za darmo. Taaaa....

Katedra, nazywa się Catedral de la Encarnación. Nazwa może i niezbyt łatwa do zapamiętania, ale Hiszpanie mają na nią znacznie prostszy sposób. Mówią La Manquita, czyli „Jednoręka”. I nie jest to żadna złośliwość. Katedra rzeczywiście ma tylko jedną ukończoną wieżę, bo na drugą zabrakło pieniędzy.

Budowę rozpoczęto w 1528 roku, a prace ciągnęły się przez ponad dwa i pół wieku. Ostatecznie w 1782 roku uznano, że wystarczy. No cóż, nie każdy musi mieć dwie ręce, żeby zrobić karierę. La Manquita stała się jednym z symboli Malagi.

Katedrę wzniesiono na miejscu dawnego meczetu, przekształconego w kościół chrześcijański po zdobyciu miasta przez Królów Katolickich w 1487 roku. Jej architektura to przede wszystkim renesans, z domieszką baroku, bo kiedy budowa trwa tak długo, zdążą się zmienić nie tylko ekipy budowlane, ale i mody.

W środku warto zwrócić uwagę na bogato rzeźbiony chór, monumentalne sklepienia i dwie pary zabytkowych, olbrzymich organów, z których każdy ma ponad cztery tysiące piszczałek. Rozmachu Hiszpanom zdecydowanie nie brakowało.

I pomyśleć, że czasem nawet niedokończona robota może stać się największą wizytówką miasta.

Wejście do katedry kosztuje 10 Euro. 

Było wściekle gorąco, więc  chodzenie po mieście miało w sobie mało uroku. Jeszcze w Polsce znalazłam jednak fajne miejsce, w którym można było się schronić, więc pognaliśmy na autobus jadący w tamtym kierunku, a jest to za wypiździaju Malagi, więc zza szyby obejrzeliśmy naprawdę kawał miasta.


Kiedy człowiek myśli o Maladze i Andaluzji, przed oczami ma raczej słońce, plaże i wysuszone wzgórza niż tropikalną dżunglę. A jednak! Na północ od centrum miasta znajduje się Jardín Botánico-Histórico La Concepción, czyli ogród botaniczny, w którym można na chwilę zapomnieć, że jest się w Europie.

Założony około 1850 roku przez małżeństwo markizów Casa Loring, Jorgego Loringa i Amalii Heredii, ogród był początkowo prywatną posiadłością. Właściciele sprowadzali egzotyczne rośliny z różnych stron świata, między innymi z Ameryki, Filipin i Australii. Widocznie zwykłe drzewka pomarańczowe i gaje oliwne to było dla nich za mało.

Dziś na terenie ogrodu rośnie ponad trzy tysiące gatunków, odmian i kultywarów roślin. Są tu ogromne palmy, wiekowe fikusy, bambusy, paprocie, kaktusy i rośliny, których nazw pewnie nie zapamiętałabym nawet po trzech próbach. Do tego kręte ścieżki, stawy, strumienie, wodospady i romantyczne alejki, w których aż chce się zgubić.

Jednym z najbardziej urokliwych miejsc jest XIX-wieczna żelazna pergola porośnięta glicynią. Kiedy kwitnie, musi wyglądać bajkowo.

W 1990 roku posiadłość kupiło miasto Malaga, a cztery lata później ogród otwarto dla zwiedzających. Wcześniej, w 1943 roku, uznano go za ogród o szczególnej wartości historycznej i artystycznej.

La Concepción to coś więcej niż zbiór roślin z tabliczkami. To kawałek historii, romantyczna architektura i bujna zieleń, która przypomina, że nawet w słonecznej, nieco spalonej słońcem Andaluzji można znaleźć własną wersję tropików. I uwaga, jeżeli wejdzie się na szczyt tego ogrodu, trafia się nad wielką zaporę wodną, z olbrzymim akwenem. Niestety wtedy nie wiedziałam, że znajduje się tam taka wielka tama, czego bardzo żałuję, bo uwielbiam chodzić po takich obiektach. Trudno. Może jeszcze wrócę. 

Gdy tylko weszliśmy na teren tego bajecznego ogrodu kopary nam opadły. Aleje wysadzane pochylonymi, ponad 10 metrowymi platanami proponowały nam cień i przyjemną temperaturę, w której w końcu można było oddychać. Złaziliśmy się tam strasznie. Nogi już mi wchodziły nie powiem gdzie, ale naprawdę warto było. Zachwycające miejsce, a rośliny absolutnie genialne!


z przystanku autobusowego do Ogrodu Botanicznego jest jeszcze 15-to minutowy spacerek. W dole wyschnięte koryto rzeki i fajne grafitti.

Nad tunelem autostrada.

Kafelkosz z wizytówką ogrodu.

Platany

Ławeczka z łapami sfinksa.

a tutaj mauzoleum. Takie se.

Takich monster to ja w życiu nie widziałam.

Stoję pod figowcem wielkolistnym. Kilka dni przed naszym wylotem do Malagi była u nas starsza córka z mężem, którzy wrócili właśnie z Kostaryki. Tam w lasach deszczowych też rosły takie kolosy. Nie przypuszczałam, że znajdę to drzewo w Europie. A tu niespodziewajka.

kora smoczego drzewa

pergola porośnięta glicynią.

takie tam strelicje...

jedna roślina żyje dzięki drugiej. Obydwie monstrualnych rozmiarów

widok na Malagę

Gdybyśmy poszli tą ścieżką trochę wyżej trafilibyśmy nad tę zaporę. Szkoda....





specjalnie taka perspektywa, żeby było widać, jakie wielkie jest to drzewisko.






Naprawdę złaziliśmy się po tym przepięknym parku, ale takiej ilości zieloności to ja dawno nie widziałam, zwłaszcza, że Andaluzja nie ma lasów. Za to ma miliony hektarów drzewek oliwnych.  Polecam zdecydowanie, bo żeby zobaczyć takie okazy, to trzeba polecieć do Azji, Australii lub Ameryki Południowej. Cena za wejście 5 Euro za osobę. Warto!!!!

Rano z Małgosią spakowałyśmy manele, a Mario pojechał do wypożyczalni po samochód. Niestety wsiadł w zły pociąg i wywiozło go gdzieś tam, chociaż szybko się zorientował. My wyszłyśmy z tej podłej chałupy i przysiadłyśmy na ławce pod drzewkami. Gosia wpadła na genialny pomysł, że pójdzie zobaczyć jakiś mały park w okolicy, ale wzięła ze sobą mój telefon, bo coś tam musiała posprawdzać. Zaczęłam czytać Stevena Kinga i tak sobie pomyślałam, gdy córka nie wracała po 30 minutach, że zrobiłyśmy coś, co zdarza się w horrorach klasy B- rozdzieliliśmy się. Mario gdzieś w Andaluzji. Gocha gdzieś w Maladze, a ja siedzę jak Turek pod Wiedniem i czytam książkę autora grozy nie mając łączności ze światem. Cudownie. Ciekawe jak Mario nas teraz znajdzie? Jak mnie znajdzie, bo Gosię chyba namierzy...🙀 A jak nie? Jak jej się coś stanie, albo ktoś ją porwie? 🙀🙀🙀 Na szczęście dziecko wróciło z andaluzyjskimi przysmakami z ciastkarni, a po godzince wjechał nasz rycerz na białym koniu... Nie, szarym Renaultem raczej. No mniejsza o większość. 

Ruszyliśmy w stronę Tarify, mając po drodze wymoczyć tyłki w morzu w jakimś fajnym miejscu. Czat GPT znalazł nam Punto Secreto niedaleko Gibraltaru. Do samego Gibraltaru nie chciałam wjeżdżać bo i po co? Nic tam nie ma specjalnego, a wspinaczka dwugodzinna na tę wielką górę w ogóle nie wchodziła w grę (kolejka jest nieczynna do następnego roku). Jest drogo, bo to przecież kolonia Brytyjska, a Afrykę można zobaczyć z wielu innych miejsc. 

Punta Secreta okazała się piękną, skalistą plażą w niewielkiej wioseczce z widokiem na latarnię morską i Skałę Gibraltarską. Zrobiliśmy sobie tam piknik i ja wlazłam do wody, chociaż na tych skałach o złamanie nogi nie było wcale trudno. Reszta pomoczyła tylko nogi. Odpoczęliśmy i chwilę później byliśmy już w Tarifie. W międzyczasie załapaliśmy marokańską sieć komórkowa i  następny rachunek za telefon był wyższy o 3 i pół stówy. Na szczęście Mario się odwołał i uznali nam reklamację. Trzeba uważać, bo Maroko jest tylko 15 kilometrów od hiszpańskiego wybrzeża.

Tarifa okazała się urokliwym miasteczkiem, a nasze mieszkanie z Airbnb w dychę trafione. Praktycznie mieszkaliśmy 10 metrów od olbrzymiej piaszczystej plaży, a mieszkanko było czyste i wygodne. Zrobiliśmy zakupy, w tym kupiliśmy tuńczyka i dorsza prosto z oceanu z myślą o kolacji, a w międzyczasie  poszliśmy na plażę. Kurdę, tak strasznie wiało, że po 10 minutach byłam cała wyszkiełkowana i wypiskowana jak stary żeliwny kaloryfer, a piasek miałam wszędzie!!!! W kubeczkach, w których mieliśmy wino, po kilku minutach piachu było po kokardę. Woda tradycyjnie chłodna. 

W Tarifie wielka grobla, z olbrzymią twierdzą na cyplu oddziela Ocean Atlantycki od Morza Śródziemnego. My siedzieliśmy na Atlantyckiej plaży, a tuż obok grobli skite surferzy mieli używanie. Latali jak albatrosy na tych latawcach. Poszliśmy zobaczyć, czy można zwiedzać tę twierdzę, ale było zamknięte na głucho, w zamian wytargał nami wicher ze wschodu na zachód tak, że już bardziej nie można. W ogóle w tym roku moje podróże są pod znakiem wiatru: Portugalia- szał, Bałtyk -amok, Hiszpania - obłęd. Wichry naprawdę pokazały wszystkie swoje oblicza. Ma to swoje uroki, ale na litość- aż tak? 

Rano zwiedziliśmy jeszcze miasteczko łącznie z zamkiem. Wszyscy poprosiliśmy o bilety ulgowe pana w okienku. Pan się uśmiechnął i takie nam sprzedał😋

Castillo de Guzmán el Bueno to potężna twierdza w Tarifie, wzniesiona w X wieku z rozkazu kalifa Kordoby Abd ar-Rahmana III. Jej zadaniem była ochrona strategicznego wybrzeża i kontrola nad cieśniną Gibraltarską. Z zamkiem wiąże się legenda o Alonso Pérezie de Guzmánie, który w 1294 roku odmówił poddania miasta, nawet gdy obrońcy zagrozili śmiercią jego syna. Według opowieści wolał poświęcić chłopca, niż złamać przysięgę i oddać miasto. Historia uczyniła z niego symbol honoru i bezwzględnej wierności obowiązkowi, choć szczegóły tej dramatycznej opowieści nie są pewne. A sam zamek bardzo surowy i bez fajerwerków. Jak sama nazwa wskazuje, zamek od zawsze miał funkcje obronne. 

Obeszliśmy to śliczne i stare, tradycyjnie białe miasteczko, zaglądając do kościoła pod wezwaniem Św. Mateusza, gdzie figurki świętych poubierane były w fikuśne ubranka jak Barbie. Zajrzeliśmy nawet na targ pełen morskich frykasów i innych miejscowych specjałów. Aha, dorsz na kolację był wspaniały, za to tuńczyk dopiero następnego dnia nam posmakował. 

Cieśnina Gibraltarska


Punta Secreta i widok na Gibraltar w chmurach. Po lewej latarnia morska


To było fajne miejsce z knajpką i cudownym widokiem.







Jedząc bułeczki nad morzem Śródziemnym... jeszcze.

 

a to już nasza plaża w Tarifie, ta przy domu.





Tak wyglądała moja koszulka po 15 minutach na tej plaży






Castillo de Santa Catalina to charakterystyczna budowla stojąca na niewielkim wzgórzu przy promenadzie w Tarifie, niedaleko grobli prowadzącej na wyspę z latarnią morską. W miejscu tym znajdowała się dawniej pustelnia pod wezwaniem św. Katarzyny, a obecny budynek powstał w latach 30. XX wieku jako punkt sygnalizacyjny dla żeglugi, choć planowanego systemu nigdy nie uruchomiono. Dziś opuszczona budowla, z charakterystycznymi łukami i wieżyczkowym wyglądem, niszczeje, przyciągając wzrok turystów. Dałam się podpuścić, bo myślałam, że jest znacznie starsza.




Jeszcze raz ta wieżyczka z bliska



 




Andaluzyjska klasyka


w Kościele Św. Mateusza wszystkie figury były poubierane w te fikuśne kiecki.

Podobno mają ubranka na każda okazję.





Fajne wejście do knajpki


na zamkowej wieży






Pokręciliśmy się po Tarifie i ruszyliśmy w końcu na Plażę Bolońską z tym antycznym miasteczkiem. 

Playa de Bolonia to jedna z najpiękniejszych i najbardziej dzikich plaż Andaluzji, położona niedaleko Tarify, nad Oceanem Atlantyckim. Słynie z jasnego piasku, turkusowej wody i ogromnej, ruchomej wydmy, która wznosi się na ponad 30 metrów. Miejsce zachowało naturalny charakter, a surowy krajobraz robi ogromne wrażenie.

Tuż przy plaży znajdują się ruiny Baelo Claudia, starożytnego rzymskiego miasta założonego pod koniec II wieku p.n.e. Rozwinęło się dzięki połowom tuńczyka, produkcji solonych ryb i słynnego garum — fermentowanego sosu rybnego, który był cenionym przysmakiem w całym Imperium Rzymskim. Miasto prowadziło intensywny handel z północną Afryką, szczególnie z obszarem dzisiejszego Tangeru.

Do dziś można zobaczyć pozostałości forum, bazyliki, świątyń, teatru, łaźni, targowiska, akweduktów i zakładów przetwórstwa rybnego. W II wieku n.e. miasto osiągnęło szczyt rozwoju, ale później zaczęło podupadać, prawdopodobnie między innymi wskutek trzęsienia ziemi i kryzysów gospodarczych. Od VII wieku okolica pozostawała niemal opuszczona. I taka jest nadal. 



Ocean Atlantycki, jaki jest? Każdy widzi. Szkoda tylko, że taki zimny.




Drink Sangria on the beach

olbrzymia wydma, jedyna na tym wybrzeżu.

i mój ukochany antyk






Baelo Claudia jest jednym z najlepiej zachowanych przykładów rzymskiego miasta na Półwyspie Iberyjskim. Niezwykłe jest to, że spacerując po antycznych ulicach, można jednocześnie podziwiać ocean i wydmy — krajobraz, który od dwóch tysięcy lat stanowi tło dla historii tego miejsca.

Poleżeliśmy na tej plaży, nazbierałyśmy z Gosią muszelek, których nad polskim Bałtykiem od wieków nie widziałam. Odpoczęliśmy i ruszyliśmy do Sevilli, ale to jest opowieść na następny raz.  

Na koniec tej części tradycyjnie piosenka. Jaki ja mogłam wybrać utwór na tę okoliczność? 

Dopiero dzisiaj dowiedziałam się o czym jest ta piosenka... O Chatko  włoska!!!!

Chodźmy na plażę, oh, oh-oh-oh-oh

Chodźmy na plażę, bomba wybuchła. 

 Promieniowanie opala i zabarwia skórę na niebiesko.

Chodźmy na plażę, oh, oh-oh-oh-oh

Chodźmy na plażę, wszyscy w kapeluszach. Radioaktywny wiatr rozwiewa włosy.

Chodźmy na plażę, nareszcie morze jest czyste! Nie ma już śmierdzących ryb, jest za to fluorescencyjna woda!!!!

Taaa.... Tańczyłam do tej pory do apokaliptycznego obrazka końca świata. I chyba nie ja jedna. Do poczytania. A póki co lecimy na plażę....


 

 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz