Kilka miesięcy temu okazało się, że na wspólnym koncercie w Łodzi, 22 października wystąpią: Marc Almond oraz mistrzu Midge Ure. Strasznie chciałam tam być, ponieważ kocham Midge Ure miłością ciągłą oraz głęboką i właściwie teraz dużo bardziej niż w latach 80-tych. Napisałam swego czasu post o koncercie Midge sprzed 3 lat, więc kto ciekawy odnajdzie go w nagłówkach o muzyce.
Trochę się wahaliśmy z zakupem tych biletów, bo cholera z tą pandemią nigdy nic nie wiadomo, a październik miesiącem zachorowalności jest. Jakiejkolwiek. Ubiegłoroczna jesień dopiero pokazała Polakom czym jest ten virus i jak pięknie potrafi pozamiatać, więc było ryzyko odwołania tych koncertów. Dawid Podsiadło został już chyba 3 raz przełożony, ale biletów nie oddajemy, bo kto czeka, ten się doczeka. Ostatecznie stwierdziliśmy, że co tam, kupujemy i jedziemy. Na wspólne widowisko namówiliśmy jeszcze Madzię z Wrocławia i naszych wspólnych znajomych Adama i Ewę i oczywiście, że tych z Edenu. No i nadejszla wiekopomna chwila. Po kilku dniach huraganowych, ale ciepłych wiatrów, nastał zimny i deszczowy piątek. Zapakowaliśmy ekipę zbierając ją na trasie do pussy wagonu i w doskonałych humorach ruszyliśmy na Łódź.













